Granatowa cisza (cz. I)

„Granatowa cisza” to opowiadanie Marcela Woźniaka nagrodzone II miejscem w kategorii „Kryminał sto lat temu” i wyróżnione przez Komendanta Głównego Policji w ogólnopolskim konkursie „Stulecie polskiego kryminału”. Opowiadanie jest fikcją literacką, w której autor jedynie wykorzystuje autentyczne osoby z historii Policji Państwowej. Marcel Woźniak urodził się 1984 roku. W swojej twórczości sięga po powieść kryminalną i literaturę faktu, w których odwołuje się do współczesnej kultury i historii.

Marcel Woźniak jest absolwentem filologii polskiej Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Studiował również adaptację filmową w Warszawskiej Szkole Filmowej oraz Narrację w filmie w Instytucie Studiów Zaawansowanych. Jest doktorantem literaturoznawstwa na UMK w Toruniu. Na swoim koncie wydawniczym ma już trylogię o detektywie Leonie Brodzkim („Powtórka”, „Mgnienie”, „Otchłań”). Za książkę „Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka jak moje życie” w 2016 r. otrzymał nagrodę Magazynu Literackiego „Książki”.

 

Granatowa cisza (cz. I)

Kiedy 24 lipca 1935 roku w Komendzie Głównej Policji w Warszawie zjawiła się o poranku wionąca perfumami Coco Chanel kobieta o aparycji gwiazdy filmowej, spoglądający za nią policjanci mało nie poskręcali sobie karków.

– Patrz, Klepacz. Chyba myśli, że jest Betty Davis – mruknął posterunkowy Malinowski.

– Ciekawe, ile się jej te fale konstytuowały?

– Jak ona ma na głowie fale, to ja plażę braci Kozłowskich! – zarechotał Malinowski i klepnął go, pokazując na swoje resztki włosów. – Patrz no, Saska Kępa!

Zaraz po tym, jak odprowadzili kobietę o platynowych włosach wzrokiem, zrobił się raban. Policjantów wszystkich pionów w trybie pilnym wzywano do sali kolumnowej na pierwszym piętrze Pałacu Mostowskich, toteż pobiegli.

– Może sądzicie, że chciałbym tu świętować szesnastą rocznicę powołania Policji Państwowej? – rozpoczął komendant Kordian Zamorski, co nagrodzono oklaskami. Przygładził brylantynę na głowie i uciszył salę. – To powód do dumy, ale robota nie zaczeka. Oddaję głos pani podkomisarz Stanisławie Paleolog z VI Brygady Specjalnej Urzędu Śledczego, szefowej policji kobiecej. Pani podkomisarz?

Po środku sali stanęła kobieta drobnej budowy. Miała ciemne, krótkie włosy, delikatny tyłozgryz i czarne jak węgiel oczy. Mundur jej – dopasowany do granatowej spódnicy i czarnych trzewików – przypominał krojem elegancki ubiór lotników.

– Wczoraj, w poniedziałek, o godzinie 19 Izabela John, zamieszkała przy Trębackiej 3 złożyła zameldowanie, że z Ogrodu Saskiego uprowadzono w wózku jej liczącą 6 tygodni córeczkę. Sprawa jest najwyższej wagi, ojcem jest bowiem obywatel USA. Według relacji niani, o godzinie 11 kobieta znana jej z widzenia od paru lat i zatrudniona rzekomo na ulicy Niecałej, poprosiła ją o zezwolenie przewiezienia dziecka po ogrodzie, na co ta wyraziła zgodę. Po zabraniu wózka kobieta oddaliła się i na ogród więcej nie powróciła. Jej dłuższa nieobecność zaniepokoiła Michalakową, która poczęła szukać dziecka. Na to do ogrodu przybyła Izabela, celem nakarmienia niemowlęcia. Dochodzenie prowadzimy w kierunku znalezienia dziecka, ustalenia sprawczyni i podłoża porwania, odszukania posiadacza wózka oraz oceny stosunków panujących w domu Johnów. Jakieś pytania?

– Tak, do pana komendanta – odezwał się leniwie Malinowski. – Nowe rozporządzenie, że trzeba uwzględniać dane z rejestru skazanych, wyciągi z ksiąg ludności… mamy wdrażać od zaraz?

– A od kiedy, Malinowski? Od później? – zrugał go Zamorski, a sala wybuchła śmiechem. – Artykuł 69 regulaminu prokuratorów oznacza, że każdy nasz ruch ma od teraz odbicie w papierach. Pamiętajcie o dziedzictwie zmarłego niedawno Marszałka Piłsudskiego. Na nas spoczywa obowiązek dbania o tej kraj.

– Tak jest! – odkrzyknęli policjanci.

– Tak jest… – mruknął Malinowski. – A jeszcze sam mówił niedawno, że metody Marszałka, to  „zabźdźić, zapierdzieć i zdaje się wam, że wszystko zrobione!”

Przez tylne rzędy przebiegł szmer, przerwany zdecydowanym rąbnięciem pięścią w stół. Przeniesiony ze sztabu głównego Wojska Polskiego komendant miał posłuch.

– Cisza! Ochotnicy do dołączenia do zespołu kobiecego? Praca będzie trwała dłużej niż osiem godzin! – pogroził komendant.

– Tym lepiej dla nas! – krzyknął Malinowski.

Wszyscy mężczyźni podnieśli ręce, niektórzy i po dwie.

Klepacz, blondyn o smukłej twarzy i oczach błękitnych, jak u psa rasy husky, siedział w ostatnim rzędzie, gdzie drobnym pismem skrzętnie pokrywał kartki kajetu, co miał zawsze w zwyczaju. „Możliwość pracy pod okiem Paleolog byłaby wyróżnieniem", zapisał. Wszyscy wiedzieli, że z racji rozbicia przez nią międzynarodowej szajki handlującej kobietami, Piłsudski nazwał ją polską Joanną d’Arc. Toteż Klepacz podniósł swą chudą rękę z pozostałymi i śledztwo zaraz ruszyło.

*

Po zbadaniu domów przy Niecałej Klepacz odnotował w kajecie służbowym: „Oświadczenie Michalakowej, jakoby podejrzana tu służyła nie znalazło potwierdzenia w zeznaniach mieszkańców”.

Następnie udał się do Ogrodu Saskiego i tam poszukał osób, jakie w dniu poprzednim również w parku były. Rozpytanie doprowadziło go do pani Goetze. Ponieważ potwierdziła wygląd kobiety o włosach „prostych, jak zeschnięte siano” i „futrze dartym z flaminga”, posterunkowy natychmiast wezwał do Urzędu Śledczego ją oraz Michalakową, by okazać im albumy osób podejrzanych.

Na widok niani Goetze nie omieszkała wspomnieć, że już wczoraj wspólnie z koleżankami krytykowały jej lekkomyślność w powierzeniu dziecka nieznajomej kobiecie. Na pytanie Klepacza, dlaczego nie zainterweniowały, nie odpowiedziała.

Kobiety wskazały w klaserach wprawdzie na dwie różne osoby, jednak Klepacz szybko ustalił, że obie się myliły. A czas płynął, wraz z przecinającą Warszawę rzeką Wisłą.

Klepacz miał swoją teorię. Jego zdaniem nie ulegało wątpliwości, że przestępcze zakusy ludzi często rodzą się z wchłaniania przez nich niezdrowej, taniej sensacji z literatury, filmów i pitavali, które Klepacza zupełnie nie zajmowały. Według niego pobudzały niskie instynkty.

*

Tymczasem zespół podkomisarz Paleolog przeprowadził wywiady w domach podrzutków, w szpitalach oraz u handlarzy starzyzną, które uwieńczył wynik pomyślny: kradziony wózek kupiono na placu Kercelego.

– Właścicielka straganu wózek z pościelą i drobiazgami dziecinnemi nabyła za 17 złotych o godzinie 18. Sprzedająca przedstawiła metrykę na nazwisko Marjanna Szmek i adres Burakowska 32 – tłumaczyła Paleolog. – Zapytana o powód sprzedaży Szmek oświadczyła, że dziecko jej zmarło i więcej dzieci mieć nie będzie.

„To dobrze, że kobiet w policji jest coraz więcej”, zapisał Klepacz. „A tak po prawdzie, chętnie zamieniłbym mojego wysłużonego nagana na jej Mausera M1910”.

– Uda się pan pod ten adres, a my puścimy listy inwigilacyjne w skali ogólnopaństwowej oraz do sekretariatu generalnego interpolu.

Rozkaz przyjął z ochotą. Wydawała go wszak sama Joanna d’Arc.

*

Do Burakowskiej doszedł od strony Krasińskiego. Uliczki nie były połączone i należało przeprawić się przez zarośla i smród. Mieszkając przy Żurawiej szło zapomnieć, z jakimi problemami zmagają się inni mieszkańcy stolicy.

Pod numerem 5 Klepacz minął Fabrykę Koronek Szymona Landaua, a dalej zakłady chemiczne Soborskiego. Po bezskutecznym dobijaniu się do drzwi w kamienicy numer 32 odwrócił się, gdy zatrzymało go skrzypienie drzwiczek składziku na półpiętrze. Wychylił się z nich stary Żyd w binoklu i rzekł:

– Szmekowa nie żyje.

– Pana godność?

– Fajwel Hersz.

– Wie pan na co zmarła?

– Dwa tygodnie temu, choroba dworska...

„Marjana Szmek zmarła na syfillis”, zanotował Klepacz.

– Znał pan jej miejsce pracy?

Pytanie zawisło w powietrzu z wycelowanym w kajet długopisem.

– Tak. Korynt! – I Hersz huknął drzwiami.

„Porywaczka adres i nazwisko podała w celu wprowadzenia w błąd”, notował Klepacz. „W pierwszym rzędzie winienem zbadać stan poprzedzający przestępstwo i wszelkie związane z nim okoliczności. Dlatego należy porozmawiać z panią Izabelą oraz Michalakową”.

*

Nie zdążył tego jednak uczynić.

– Klepacz, Malinowski do mnie! – ryknął z gabinetu Zamorski tak, że aż obaj podskoczyli.

Na miejscu czekało ich zaskoczenie.

– Doskonała robota!

– Panie komendancie, ale my nic nie…

– Doprawdy, wyśmienicie. Dziecko się znalazło! Cyganie wystraszyli się naszych wzorowo prowadzonych poszukiwań!

– Cyganie? – posterunkowi spytali jednocześnie i spojrzeli po sobie.

– Za porwaniem stała podobno ich banda, co jakkolwiek zdarza się rzadko, nie jest wytworem fantazji. Uprowadzają dzieci o smagłej cerze i kruczych włosach, by wychować je jak swoje.

– Za pozwoleniem – wtrącił Klepacz. – Dziecko pani John miało mieć jasne włosy, a i matce słowiańskiej urody odmówić nie można.

– A nawet holyłódzkiej! – dodał Malinowski.

Zamorski wyprostował się, jak sprężyna.

– Coś panom wyjaśnię. Dyscyplina i autorytet moralny żłobią w psychice zespołu przewody, którymi idzie rozkaz. Im przewody lepsze, tym praca sprawniejsza. Biegun, który rozkazuje i ten, który wykonuje, to dwie stacyje radiowe: nadawcza i odbiorcza, jednolity kompleks. Rozumiecie?

Malinowski zamrugał, jak latarnia.

– Emisja. – Wskazał na siebie komendant. – I odbiór! – Wskazał na nich. – Koniec transmisji!

 

MARCEL WOŹNIAK (cdn.)

zdj. Izabela Pajdała 

A
A+
A++
Powrót
Drukuj
PDF
Powiadom
Ocena: 0/5 (0)