Bohater z okładki

Sierpień 1972 r. W Warszawie przy Chmielnej 7 trwa kolegium redakcyjne wydawnictwa „Sport i Turystyka”. Gorący spór toczy się o bohatera na przedostatnią okładkę kolejnego zeszytu przygód kapitana Żbika.

Tradycyjnie już redakcja umieszcza jednostronicową, prawdziwą opowieść o ludziach nieprzeciętnie odważnych, którzy dokonali heroicznego czynu, ratując czyjeś życie. Rubryka ma nazwę zaczerpniętą z odznaczenia – „Za ofiarność i odwagę”. Planowany jest kolejny zeszyt komiksu z kapitanem Żbikiem pt.: „Pogoń za lwem” cz. III. Kandydatów jest kilku. Eugeniusz – dyrektor wydawnictwa spiera się z naczelnym – Janem. Pozostali też mają swoje typy.

– Janek, tego strażaka, co uratował dziecko z pożaru, damy w następnym numerze, teraz powinniśmy dać zawiadowcę stacji, który odepchnął w ostatniej chwili staruszka. W przyszłym miesiącu mamy dzień kolejarza!

– Ale Gienek, przecież Żbik w następnym zeszycie będzie podróżował pociągiem i badał zabójstwo na stacji kolejowej. To by wtedy bardzo pasowało…

W tym momencie z hukiem otwierają się drzwi. Do pokoju, w którym odbywa się kolegium, wpada zziajany Władek – autor scenariuszy.

– No... witamy serdecznie szanownego pana redaktora – przywitał go, nieco ironicznie, naczelny.

– Słuchajcie – Władek z trudem łapie oddech. – Ale akcja! Idę mostem Śląsko-Dąbrowskim  i widzę taki obrazek. Za barierką stoi młoda dziewczyna twarzą odwrócona do rzeki. Wokół niej gromada ludzi. Nagle puszcza się barierki i spada do wody. Wszyscy podbiegają i patrzą w dół, ja też. Dziewczyny nie widać. Kilkadziesiąt metrów dalej w kierunku mostu Gdańskiego wynurza się głowa i znowu za chwilę tonie. Nurt niesie ją bardzo szybko. Jakiś facet przełazi przez barierki, ubrany w palto, i skacze do Wisły! Słyszę z tłumu czyjeś głośne: „NIE!” i widzę, jak ten, który krzyknął, pędzi mostem w kierunku brzegu. Ten w wodzie wypłynął i utrzymuje się na powierzchni. Stara się podpłynąć do dziewczyny. Widzę, że oni zaczynają tonąć. Drugi, który pobiegł w stronę brzegu, chyba to przewidział. Już widać go na śródmiejskiej stronie i dalej biegnie w dół rzeki, goniąc tonących. Gdy był już na ich wysokości, skoczył do Wisły. Dziewczyna, pomimo że tonie, odpycha od siebie mężczyznę. On sam traci siły, oboje potrzebują natychmiast pomocy. Coraz rzadziej widać ich na powierzchni. Znikają pod wodą. Pojedyncze osoby na moście zaczynają się głośno modlić. Do miejsca, gdzie ostatni raz ich widzieliśmy, na powierzchni dopływa mężczyzna, który wskoczył do Wisły z bulwarów. Nikt już nie ma nadziei, że kogokolwiek uratuje. Teraz wszyscy proszą Boga, żeby sam nie utonął.

– I oto na naszych oczach dzieje się cud – kontynuuje swoją opowieść Władek. – Wynurza się mężczyzna w jesionce, a w zasadzie to ratujący wydobył go na powierzchnię. Złapał go i zaczyna płynąć w stronę brzegu. Jest przytomny i trochę pomaga ratującemu. Dzieje się cud drugi. Pod wodą holuje coś jeszcze. Gdy są niedaleko brzegu Wisły, w tym miejscu wskakuje ktoś jeszcze i pomaga. Z wielkim trudem dopływają tuż przed mostem Gdańskim. Mężczyźnie w palcie ktoś pomaga się wyczołgać. Ten „kozak”, co ich dogonił brzegiem i po nich skoczył, wyciąga spod wody dziewczynę, którą holował. Ja już z mostu pobiegłem w to miejsce, gdzie ich wyciągali. Ona bez życia. Przenieśli ją do jakiegoś Żuka, który się zatrzymał i rozpoczęli sztuczne oddychanie. Nim przyjechało pogotowie, zaczęła oddychać. W tym bałaganie szukam wzrokiem tego, co ich uratował. Siedział sam skrajnie wyczerpany na betonowych stopniach bulwaru, przemoczony i zmarznięty, nakryty tylko czyjąś suchą kurtką. Ze spuszczoną głową próbował złapać oddech. Podszedłem do niego i powiedziałem: „Człowieku, uratowałeś dwa życia...”. Nic mi nie odpowiedział, nie miał siły. Chwilę później na miejsce przypłynęła załoga milicji wodnej i od nich dowiedziałem się, że to funkcjonariusz z ich komisariatu!

Władek dopiero teraz napił się ze szklanki, którą przez cały czas kurczowo trzymał w ręku. Opadł na krzesło. W redakcji zapadła grobowa cisza. Wszyscy zebrani zaczęli patrzeć sobie głęboko w oczy.

– O Jezu… – wymamrotał Boguś – rysownik.

– Mamy to! Zakrzyknęli równocześnie Gienek i Janek.

***

Ta historia wydarzyła się naprawdę. Jej bohater został opisany  w zeszycie przygód o kapitanie Żbiku „Pogoń za lwem”. Prasa o tym wydarzeniu rozpisywała się jeszcze wiele dni. Poruszył wiele osób. Poeta Stanisław Ryszard Dobrowolski napisał wiersz, który ukazał się w „Życiu Warszawy”, i zadedykował go ratującemu ludzkie życie st. szer. MO Wirgiliuszowi Gaworowi.

Nasz bohater to funkcjonariusz komisariatu rzecznego w Warszawie w latach 1962–1986. Uratował życie kilkudziesięciu osobom, również poza służbą. Wyjątkowym zrządzeniem losu było to, że tę samą osobę w ciągu kilku miesięcy ratował aż trzykrotnie. Wyobraźcie sobie zdziwienie ratowanego, gdy widzi za każdym razem tę samą twarz… Odznaczony m.in : „Za ofiarność i odwagę”. Za nieprawdopodobną liczbę wyratowań wielokrotnie nagradzany. Służba na rzece była jego misją, poświęcał się jej bez reszty.

Stworzył ciepłą i kochającą się rodzinę. 7 maja 2020 r. Komisariat Rzeczny Policji w Warszawie odwiedzili jego syn i wnuk. Były wspomnienia, pamiątki i wzruszający rejs policyjną łodzią pod most Śląsko--Dąbrowski – w miejsce, gdzie 54 lata temu rozegrała się ta dramatyczna historia. Syn Marcin tak wspomina ojca: Był człowiekiem obowiązkowym, sumiennym, swojej pracy poświęcał się na 200%. W roku 1966 za wyratowania tonących z Wisły i wzorową służbę otrzymał mieszkanie. Swoim zachowaniem i podejściem zjednywał sobie ludzi. Był wspaniałym tatą, kumplem i przyjacielem dla nas. Wymagający, ale sprawiedliwy. Często wraz ze starszym bratem Wirgiliuszem przychodziliśmy do komisariatu rzecznego. Śmialiśmy się, że nikt nie ma tylu wujków, co my. Byli wspaniałymi ludźmi. Dziękuję Ci, Tato, że byłeś dla nas wspaniałym ojcem, dla Mamy wspaniałym mężem. Byłeś, jesteś i będziesz dla mnie i wnuków Krzysia i Pawełka wielkim bohaterem, człowiekiem i dziadkiem. Stopy wody pod kilem, Tato.

Wirgiliusz Gawor odszedł na wieczną wachtę 17 maja 2015 r. w wieku 74 lat. Pochowany jest na cmentarzu w Marysinie Wawerskim w Warszawie. Cześć Jego Pamięci! 

Emil Jarosławski
JKPW Galar

zdj. Jacek Herok

 

A
A+
A++
Ocena: 0/5 (0)