Postrach Podhala

Andrzej Szczerba-Bazaliński, Cygan ze wsi Sromowce Wyżne koło Szczawnicy, kreował się w latach 30. ubiegłego wieku na legendarnego Janosika. Był jednak pospolitym bandytą.

Drogę znaczył krwią

 
 
Trudno dostępne górskie tereny sprzyjały bandytom z Podhala


Żądny pieniędzy, dla ich zdobycia nie cofał się przed niczym. Okrzyknięto go "postrachem Podhala".

Rozpoczynał od drobnych kradzieży i rozbojów. Już jako nastolatek kradł sąsiadom kury, rówieśnikom zabierał papierosy i drobne monety, opornych przymuszał biciem.

ZŁODZIEJ Z ZAMIŁOWANIA

Kiedy nieco podrósł, skrzyknął kilku kumpli i wspólnie stworzyli złodziejską szajkę, grasującą od Nowego Targu po Szczawnicę. Kradli góralom konie, bydło i owce, które szmuglowali przez granicę do Czech.

(...)

Po kilku miesiącach grabieży został namierzony i osaczony przez policję. W głównej mierze dzięki pomocy podhalańskich górali, którzy mieli już dosyć terroru cygańskiego watażki.

 
 
"Postrach Podhala" i jego kompani: Andrzej Szczerba-Bazaliński, Stanisław Mirga, Andrzej Mirga i Jan Janczy
Przewieziony do więzienia w Nowym Sączu Bazaliński nie załamuje rąk. Zdaje sobie sprawę, że recydywa może go drogo kosztować. Perspektywa spędzenia kilkunastu lat za kratami mobilizuje go do działania, postanawia uciec. Okazję dostrzega w mocno skruszałym murze. Żelaznymi prętami, wyłamanymi z łóżka, pracowicie wydłubuje cegły. Po tygodniu wydostaje się na wolność. Wraz z nim z nowosądeckiego więzienia ucieka kilku innych przestępców. Razem wracają w góry.

Zbójecka natura znów bierze górę nad zdrowym rozsądkiem. Bazaliński organizuje kolejną bandę, uzbraja ją, planuje napady. Grasuje po obu stronach granicy, wymykając się ciągle czeskim i polskim policjantom i pogranicznikom. O niektórych jego ucieczkach krążą legendy. Jak choćby ta z września 1931 r., kiedy osaczony w Pieninach, u szczytu Sokolnicy, skoczył w przepaść. Sądzono, że zginął, ale nie znaleziono jego ciała. Już wkrótce kolejnym napadem potwierdził, że żyje i ma się dobrze.

Innym razem, okrążony przez czeskich żandarmów, zastrzelił trzech z nich, po czym zniknął w górskim lesie.

MORD W ZOŃKÓWCE

Jeśli ktoś miałby cień wątpliwości, czy Szczerba-Bazaliński był pospolitym bandytą, czy kontynuatorem legendy Janosika, to po zbrodni w podzakopiańskiej Zońkówce z pewnością pozbył się złudzeń. Doszło do niej w nocy z 22 na 23 listopada 1930 r. Do góralskiej drewnianej gazdówki Reginy Chycowej-Mulik - jak ustalono - Bazaliński włamał się sam. Z siekierą w ręku. Góralka uchodziła za osobę majętną, przypuszczał więc, że nieźle się obłowi.

Zbudzona hałasem wyważanego okna gospodyni w blasku zapalonej świecy rozpoznała groźnego Cygana. "Bazaliński, czego ty chcesz?" - zapytała wystraszona. "Dawaj pieniądze! Szybko, bo zabiję!" - odpowiedział. Nie pomogły tłumaczenia, że ma tylko kilkanaście złotych i parę pierścionków. Chciał więcej. Nie dostał. Z całej siły uderzył siekierą. Ostrze roztrzaskało głowę.

(...)

Jerzy Paciorkowski
reprodukcje z "Tajnego Detektywa"


 

Czekamy na listy, artykuły, wypowiedzi (gazeta.listy@policja.gov.pl). Najciekawsze z nich zamieścimy na naszych łamach.

Artykuł w pełnej wersji przeczytacie w tradycyjnym - papierowym wydaniu miesięcznika POLICJA 997.

A
A+
A++
Wstecz
Drukuj
PDF
Powiadom znajomego
Ocena: 0/5 (0)