Śmierć w bagnie

- Sąd osądzi - rok i cztery miesiące temu zginęło dwoje policjantów.

OSKARŻENI

Waldemar P. - 40 l., wykształcenie wyższe - politolog. W Policji od 1997 roku, od 2001 roku w Komisariacie Kolejowym Policji w Warszawie. Pracował najpierw jako detektyw, potem z zastępcy naczelnika sekcji kryminalnej awansował na naczelnika, a w styczniu 2006 roku został komendantem komisariatu.

Tomasz S. - 36 l., wykształcenie wyższe - historyk. W Policji od 1992 roku. Był najpierw p.o. dyżurnego komisariatu Policji Zespołu Dyżurnych Komisariatu Kolejowego Warszawa Wschodnia KRP Praga-Północ, potem dyżurnym, specjalistą zespołu dyżurnych II Zespołu Prewencji komisariatu kolejowego w Warszawie, naczelnikiem sekcji prewencji komisariatu i zastępcą naczelnika wydziału prewencji w KSP. W listopadzie 2005 oddelegowano go do pełnienia zadań służbowych poza Policją, najpierw na stanowisko zastępcy dyrektora, a potem dyrektora Departamentu Bezpieczeństwa Publicznego MSWiA.

(...)

ZARZUTY

W dniu, w którym wstrząsające zdjęcia wyciąganego z bagna radiowozu obiegły Polskę, prokurator postawił zarzuty Waldemarowi P. Uznał, że komendant komisariatu przekroczył uprawnienia i nie dopełnił obowiązków, gdyż niezgodnie z obowiązującymi przepisami udostępnił dyrektorowi Departamentu Bezpieczeństwa Publicznego MSWiA policyjny radiowóz.

Tomasz S. zarzuty usłyszał miesiąc później. Według prokuratora to on nakłaniał komendanta komisariatu do wydania będącym na służbie policjantom polecenia odwiezienia go do domu w Siedlcach. Obaj działali tym samym na szkodę interesu publicznego. Komendant, wysyłając na kilka godzin jeden z dwóch sprawnych radiowozów poza teren podległy komisariatowi, zostawiał rejon bez należytej ochrony. Brak samochodu mógł uniemożliwić prawidłowe wykonywanie zadań przez policjantów, którzy poza Dworcem Centralnym patrolują wszystkie dworce w Warszawie, a także tereny i szlaki kolejowe. Tomasz S., godząc się na odwiezienie do domu, godził się również z takim stanem.

(...)

Znali się kilka lat. Ponieważ Tomasz S. codziennie dojeżdżał do pracy koleją, przy okazji wpadał do komendanta do komisariatu. Tak też było 1 grudnia 2006 r. Około 18.00 pojawił się z walizkami w towarzystwie urzędnika z MSWiA. Komendanta Waldemara P. nie było już w pracy. Dyrektor zostawił bagaż w dyżurce i razem z kolegą poszli do klubu Melodia na imprezę organizowaną przez współpracowników z ministerstwa. O podwózce do domu nie było wtedy mowy. Tomasz S. wiedział, że ostatni pociąg do Siedlec odjeżdża około 23.00 i miał zamiar nim wracać. Zgodnie z planem przed 23.00 wyszedł z klubu, ale gdy na przystanku tramwajowym zorientował się, że i tak nie zdąży na pociąg, wrócił do znajomych. Postanowił jechać o 3.00. Po wyjściu z klubu odwiózł znajomą metrem do domu, a potem taksówką przyjechał na dworzec.

- Do komisariatu przyszedłem po godzinie pierwszej. Wcześniej na dworcu zobaczyłem, że tego pociągu nie ma. Okazało się, że najbliższy ma być o 4.50 - wyjaśniał w śledztwie. - O 1.20 zadzwoniłem do Waldemara P. z prośbą o ocenę możliwości udzielenia mi przez niego pomocy w powrocie do domu. Poprosiłem go, aby się zorientował, czy może dla mnie to zrobić.

Waldemar P. twierdzi, że, wyrwany ze snu, był zaskoczony. Wyjątkowo zmęczony, bo przez ostatnie trzy tygodnie pracował non stop, nie do końca świadomy ewentualnych konsekwencji, zadzwonił do dyżurnego, żeby zorientować się, jak przebiega służba. Noc była spokojna. Wtedy zdecydował: trzeba pomóc Tomkowi. Załoga zmotoryzowana miała podrzucić dyrektora do Siedlec.

- Ze strony Tomasza S. nie padła sugestia, żebym ja go osobiście odwiózł. Nie padła też prośba, bym wyznaczył policjanta do jego odwiezienia, ale nie wiem, w jaki inny sposób jako komendant komisariatu miałbym mu pomóc - tłumaczył w prokuraturze.
Tomasz S. powiedział mu też, że rano leci do Bukaresztu i potrzebuje szybko dostać się do domu. Chciał się trochę przespać i ogarnąć. Waldemar P. był przekonany, że dyrektor leci dosłownie za parę godzin.

- Sądziłem, że ponieważ ten wyjazd jest służbowy, to użycie radiowozu do tego celu nie będzie uważane za naganne - mówił.

Tymczasem Tomasz S. miał lecieć do Rumunii nie w sobotę 2 grudnia, ale dzień później.

- Praca była moim życiem. Od 4.00 do 21.00 byłem poza domem. Sobota była jedynym dniem, który mogłem spędzić w domu - tłumaczył, podkreślając, że nie miał zamiaru bezprawnie wykorzystywać Policji do celów prywatnych.

(...)

ANNA KRAWCZYŃSKA
zdj. Andrzej Mitura


 
Czekamy na listy, artykuły, wypowiedzi (gazeta.listy@policja.gov.pl). Najciekawsze z nich zamieścimy na naszych łamach.

Artykuł w pełnej wersji przeczytacie w tradycyjnym - papierowym wydaniu miesięcznika POLICJA 997.

A
A+
A++
Wstecz
Drukuj
PDF
Powiadom znajomego
Ocena: 0/5 (0)