Oni mnie uratowali

Policjant podał jej kartkę i flamaster. – Pani pisze – powiedział i zaczął dyktować: Jestem człowiekiem! Jestem kobietą! Kocham życie!

  • – Dostałam drugą szansę i już jej nie zmarnuję – mówi Hanna
    – Dostałam drugą szansę i już jej nie zmarnuję – mówi Hanna

Wtedy kompletnie nie wiedziała, o co mu chodzi. Wiedziała, że jest nikim. Głupią, brzydką babą, która nic nie potrafi, do niczego się nie nadaje i nie ma prawa do szczęścia. Nie ma swojego zdania, kuli się na dźwięk zgrzytającego w drzwiach zamka, a potem stara się unikać ciosów. Bezwolna istota, kukiełka. Wystraszona, wylękniona, bez wartości. Taka wtedy była. Tak traktował ją mąż.

Wtedy, cztery lata temu, spojrzała na st. asp. Piotra Sałkowskiego zdumiona, złożyła zapisaną kartkę na czworo i schowała do torebki. Trochę się zawstydziła, trochę zmieszała. Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że ten facet w mundurze jest trochę dziwny, jakiś inny. Tak samo, jak ten drugi dzielnicowy, asp. sztab. Adam Piotrowski. Może by pani zrobiła sobie jakąś przyjemność, na przykład coś kupiła. Może kurtkę by pani zmieniła, powiedział jej kiedyś, a ją zamurowało. Kurtka była przecież nowa. Więc o co chodzi? Nie za bardzo rozumiała. Nie zawsze wiedziała, czego od niej chcą, ale czuła, że chcą dobrze. Ufała im.

– Byłam wtedy taką szarą myszką. Stłamszoną i przestraszoną. Bałam się wszystkiego. Bałam się odezwać, żyć, ale najbardziej bałam się mojego męża – mówi Hanna M.

Nie wszystko z tamtego życia pamięta. Myli daty, gubi chronologię, ale o kilku wydarzeniach opowiada tak, jakby zdarzyły się wczoraj. Wszystkie dotyczą dzieci.

IMPULS

To była kolejna awantura. Mąż często wracał pijany i zawsze po alkoholu był agresywny. Rwał się do bicia, obrzucał obelgami. Tamtym razem zaatakował ich najstarszą córkę. Zwyzywał od najgorszych. Doprowadził do łez. Hanna chciała ją pocieszyć. Podeszła, pogłaskała po głowie: Monisia, nie przejmuj się. Przecież wiesz, jaki jest ojciec. Dziewczyna nie wytrzymała, wykrzyczała jej prosto w oczy: To przez ciebie! To ty mi zmarnowałaś dzieciństwo!

Dla Hanny te słowa były jak kubeł zimnej wody. Bolały mocniej niż uderzenie w twarz, były gorsze od kopniaków. Po raz pierwszy dotarło do niej, że jej rodzina nie jest normalna, że ich życie to piekło, że jest złą matką. Było jej przykro. Przez chwilę nawet chciała coś z tym wszystkim zrobić, ale odwagi, żeby przerwać koszmar, zabrakło.

Gdy starała się wymazać z pamięci to wydarzenie, doszło do kolejnej awantury. Tym razem pijany mąż naskoczył na nią. Zaczął ją szarpać, popychać, chciał uderzyć. Pamięta doskonale: syn, jak zwykle w takich sytuacjach objął ojca w pół i starał się go odciągnąć. Chwilę się szamotali i nagle dostała cios prosto w twarz. Zalała się krwią. Pobiegła do łazienki. Syn za nią. Z płaczem: Mama, ja cię przepraszam, ja nie chciałem, ja go naprawdę trzymałem. Myślała, że pęknie jej serce. Chłopiec miał wtedy 11 lat. To był ostatni raz, powiedziała mężowi następnego dnia, gdy trzeźwiał, więcej tego nie zrobisz.

Pomocy postanowiła szukać w Ośrodku Interwencji Kryzysowej. Pamięta, że poszła tam, płakała i długo opowiadała o tym, co dzieje się w jej rodzinie. Ale gdy usłyszała, że musi zgłosić się na policję, że przyjdzie do nich dzielnicowy, pomyślała: O nie! Jaki wstyd.

– Ta pani z ośrodka bardzo mnie namawiała, ale ja nie chciałam. Prosiła, żebym chociaż zrobiła obdukcję, ale ja nie miałam pieniędzy. Kazała iść do lekarza pierwszego kontaktu, żeby zrobił wpis w karcie – opowiada. – Do dzielnicowego poszłam dopiero po jakimś czasie. Usłyszałam, że mam wziąć rozwód. Byłam w szoku. Na jakiś czas dałam sobie spokój.

PIERWSZE SPOTKANIE

Nie pamięta, kiedy trafiła do asp. sztab. Adama Piotrowskiego i do st. asp. Piotra Sałkowskiego. Może to było po tym, jak mąż wyłączył korki w mieszkaniu i straszył, że się powiesi, a ona jak gdyby nigdy nic siedziała na kanapie i starała się nie słyszeć histerii syna i krzyków córki, która kazała jej wzywać policję.

– Bardzo możliwe, że to było po tym. Nie wiem – mówi. – A policję wtedy wezwałam po raz pierwszy. Mąż się wściekł i było jeszcze gorzej. Od tamtego czasu traktował mnie jak śmiecia.

Piotrowski doskonale pamięta ich pierwsze spotkanie w płockiej komendzie.

– Wyglądała strasznie. Miała na sobie ubranie pod tytułem „nie ma mnie”. Akobieca, aseksualna, z poczuciem wartości równym zeru. Mąż jej wmówił, że jest głąbem totalnym i ona w to uwierzyła – opowiada Piotrowski. – Nie miała własnego zdania, zdominowana, zahukana, wrak człowieka.

– Wszystko w niej krzyczało, że potrzebuje pomocy. Tak jakby migał nad nią neon z hasłem „Pomóżcie” – dodaje Sałkowski.

To on był jej dzielnicowym, ale ponieważ tworzyli z Piotrowskim nieformalny duet, pracowali i spotykali się z nią razem. Nigdy nie było tak, że zastała zamknięty pokój. Gdy nie było Sałkowskiego, był Piotrowski. I odwrotnie. I tak przez półtora roku.

– Szczerze im zawracałam głowę – mówi dziś pani Hanna.

WALKA

Początki nie były łatwe. Policjanci doskonale wiedzieli, że są dla niej ostatnią deską ratunku. Było jasne, że jeśli oni jej nie pomogą, nikt jej nie pomoże. Zaczęli od podstaw, czyli od budowania jej poczucia wartości.

– Trzeba było odkopać w niej wszystko, co pozytywne i uświadomić, że to, co łączy ją z mężem, to nie jest miłość, ale cierpienie – opowiada Piotrowski. – Pokazywaliśmy jej, że jest inny świat, inni ludzie, inni faceci. Chcieliśmy, żeby cofnęła się do czasów, gdy była nastolatką, panną, żeby była spontaniczna, pomyślała o sobie.

– To była prawdziwa walka o nią – dodaje Sałkowski. – Musieliśmy jej wrócić wiarę w siebie i w świat. Wrócić chęć życia. Pokazać, że jest wartościowa i piękna.

Oczywiście wszystkiego naraz zrobić się nie dało. Działali ostrożnie. Żeby jej nie przestraszyć, nie spłoszyć, żeby nie uciekła.

– Grunt był bagnisty – przyznaje Piotrowski.

– Trzeba było być policjantem, psychologiem, lekarzem, seksuologiem i prawnikiem – dodaje Sałkowski.

– Czasem wychodziłam od nich i myślałam: „Czy ja byłam na policji?”. Albo: „Muszę strasznie wyglądać, skoro mnie tak krytykują” – mówi Hanna.

Na początku ich spotkania wyglądały tak, że to oni mówili, a ona słuchała. A mówili jej różne rzeczy. Na przykład, że powinna się malować i inaczej ubierać. Nie w golfy, nie w szarości, czernie i granaty, ale na kolorowo. Ma się rzucać w oczy, odsłonić szyję. Bo jak kobieta odsłania szyję i nosi kolory, to znaczy, że jest odważna i pewna siebie. I koniecznie ma zakładać spódnice, pokazywać nogi, a nie tylko w spodniach biegać. I tu było najtrudniej. Bo ona się wstydziła. Ważyła wtedy 47 kg i była przeraźliwie chuda. Nie mieli innego wyjścia niż ją zmusić. Na spotkanie z mężem, które zorganizowali w komendzie, po raz pierwszy przyszła w spódnicy. Wcześniej Piotrowski doradzał jej, jakiego koloru rajstopy ma założyć.

SIŁA

Spotkanie z mężem okazało się kompletną klęską. Hanna, która łudziła się, że jest jeszcze jakaś szansa dla ich małżeństwa, zrozumiała, że to koniec. To był przełom. Na szczęście była już na tyle silna, by wziąć sprawy w swoje ręce i nie trząść się ze strachu na myśl o rozwodzie.
– Koleżanki pukały się w czoło i odradzały. Źle robisz – opowiada Hanna. – Mówiły, że nie mam pracy, mam trójkę dzieci i na pewno sama sobie nie poradzę. Miały rację, bo kompletnie nie wiedziałam, co zrobię i jak będę dalej żyć. Ale wiedziałam, że nie chcę już takiego życia, jakie miałam – dodaje Hanna.

– Była wreszcie mocna – wspomina Piotrowski. – Mąż zobaczył w niej tę potęgę. Zaskoczyła go. Z brzydkiego kaczątka narodził się łabędź.

Hanna chyba nigdy w życiu nie była tak pewna i zdecydowana. Wiedziała, że nie jest sama. Chodziła na grupę wsparcia do Centrum Kryzysowego i do psychologa. Miała zaprzyjaźnioną panią mecenas, no i ich, policjantów. Umowę mieli taką: jeżeli będzie czuła się słaba, dzwoni do nich, przychodzi, a oni będą doładowywać jej akumulatory. I dzwoniła do nich. Ze wszystkim. O każdej porze dnia i nocy. Na przykład, gdy mąż zaczął się spotykać z inną kobietą, a ta przysłała jej list z obelgami, zadzwoniła do Piotrowskiego. Co robić? pytała roztrzęsiona. A on spokojnie mówił, że przede wszystkim nie dać się sprowokować. Podobny problem miała, gdy w sądzie przed rozprawami mąż podchodził do niej, nazywał szmatą albo śmieciem. Nie wiedziała, jak reagować. Któregoś dnia zapytała Sałkowskiego. Na następnej rozprawie na obelgę męża pewnym głosem odpowiedziała: Nie musisz mi się przedstawiać, wiem, kim jesteś.

– Naprawdę, dużo się od nich nauczyłam. Życia przede wszystkim, zachowania w różnych sytuacjach. To oni pokazali mi, jak być pewną siebie i jak walczyć o swoje. Kiedyś miałam smutek w oczach, teraz jestem pogodną osobą. Nie pamiętałam, jak się śmiać. Dziś śmieję się non stop. Dostałam drugą szansę i już jej nie zmarnuję – mówi Hanna.

Sprawy pani Hanny trwały kilka lat. Dziś jest po rozwodzie i po podziale majątku. Ma pracę, przyjaciół, chodzi na tańce, zrobiła prawo jazdy. Jest spontaniczna. Lubi sobie sprawiać przyjemności i podoba się sobie. Kiedyś nie odważyłaby się stanąć przed lustrem i powiedzieć do siebie: „Jestem ładna”. Dziś nie ma z tym problemów. Ostatnio gdzieś przeczytała, że dobra matka to szczęśliwa kobieta. Wie więc, że wreszcie jest dobrą matką. I może śmiało powiedzieć, że kocha życie. A kartkę ze złotymi myślami od Sałkowskiego trzyma do dziś. Na pamiątkę.

NAGRODA

– Łoł! To pani! – dla Sałkowskiego i Piotrowskiego to była największa nagroda, gdy któregoś dnia pani Hanna pojawiła się u nich w komendzie odstawiona, odmieniona, kobieca. Byli wzruszeni. Bo rzadko się zdarza, że po dłuższym czasie ktoś przychodzi, pamięta i dziękuje. Byli szczęśliwi. Bo zdarzył się cud. Byli w szoku. Bo po raz pierwszy to ona opowiadała, a oni słuchali. Była rozpromieniona i uśmiechnięta.

To ostatnie spotkanie było kilka lat temu, gdy jeszcze obaj byli dzielnicowymi. Dziś Sałkowski pracuje w kadrach w płockiej KMP, a Piotrowski jest kierownikiem Posterunku Policji w Łącku.

O konkursie Niebieskiej Linii pani Hanna dowiedziała się z radia. „Policjant, który mi pomógł” usłyszała i wiedziała, że musi ich zgłosić. Żeby im podziękować.

– Ja ich nie zapomnę. Dzięki nim jestem dziś innym człowiekiem. Oni mnie uratowali. Chciałam, żeby wiedzieli, że ich praca nie poszła na marne – mówi dzisiaj.

Gdy pytam policjantów, czy ją pamiętają, są zaskoczeni, że to ona ich pamięta.

– Tak właśnie powinna wyglądać praca policjantów z ofiarami przemocy? – pytam.

– Myśmy wyszli poza schemat – mówi Sałkowski. – Zrobiliśmy więcej, niż do nas należało.

– Tak czuliśmy i wykorzystaliśmy to, co nam Bozia dała – podsumowuje Piotrowski.

ANNA KRAWCZYŃSKA

zdj. Paweł Ostaszewski

A
A+
A++
Wstecz
Drukuj
PDF
Powiadom znajomego
Ocena: 0/5 (0)