Major bohater

Cała Polska usłyszała o nim pod koniec listopada ubiegłego roku. Otrzymał wówczas tytuł Psa Bohatera Roku w konkursie realizowanym w ramach programu „Pomóżmy razem”, w kategorii profesjonalista. Major pełni służbę jako ratownik wodny i pies poszukujący zwłok ludzkich na lądzie i w wodzie.

– Sam zgłosiłem Majora do konkursu, ale na nic nie liczyłem – wspomina mł. asp. Jakub Wojtkowiak, przewodnik i „partner” owczarka. – Psów, które pracują i pomagają ludziom, jest mnóstwo.

W OSTATNIEJ CHWILI

Aby poznać sprawę, za którą Major został wyróżniony, należy się cofnąć do 17 marca 2011 roku. Wówczas policjanci z komisariatu wodnego w Poznaniu, w którym pełnią służbę mł. asp. Wojtkowiak z Majorem, zostali wysłani do gminy Słupca. Wspomagali lokalną policję.

– W okolicach Strzałkowa i Wólki szukaliśmy mężczyzny. Ostatni raz był tam widziany w listopadzie 2010 roku – wspomina Wojtkowiak. – Psy, Major i Rambo, które są wyszkolone do wyszukiwania zwłok, miały nam pomóc w jego odnalezieniu.
Jednak nie udało im się złapać zapachu i akcja zakończyła się niepowodzeniem. Po przeszukaniu całego terenu przewodnicy wraz z psami zmierzali do samochodu, ale Majora coś zaniepokoiło. Zamiast do pojazdu, ruszył w przeciwnym kierunku.

– Wołałem raz, drugi, trzeci, ale on nie reagował – opowiada mł. asp. Wojtkowiak. – To było do niego zupełnie niepodobne, ponieważ to typowa „przylepa”. Zawsze trzyma się blisko mnie.

W lesie było zimno i wilgotno. Policjant na początku nie zauważył, co przykuło uwagę psa. Widział stertę śmieci, ale ten widok go nie zdziwił. Dopiero po dłuższej chwili dojrzał wśród liści półżywego starszego mężczyznę. Był wychudzony, nie mógł się ruszyć. „Pomocy! Wody!” – szeptał, nie będąc w stanie wyraźnie wymówić żadnego słowa.

– Przyjechała karetka i udało się go uratować. To był jeszcze bardzo zimny okres, gdybyśmy go wtedy nie odnaleźli, prawdopodobnie przy następnych poszukiwaniach psy natrafiłyby na jego ślad. Już „po profesji”.

DZIESIĄTY ROK SŁUŻBY

To wydarzenie zapoczątkowało medialną karierę Majora i jego pana. O ich sukcesie pisano w gazetach, mówiono w radiu i telewizji. Jednak owczarek w służbie nie jest nowicjuszem. W ubiegłym roku świętował 9. rok pracy w Policji. Dla jego przewodnika była to okazja do wspomnień.

– Od zawsze moim marzeniem była praca w Policji z psem – wspomina Jakub Wojtkowiak. – Jednak nie od razu udało mi się to osiągnąć. Na początku, kiedy trafiłem do komisariatu wodnego, nie było tu żadnych psów. Później pojawił się słynny Henio, nowofundland, pierwszy pies na służbie w komisariacie wodnym w Poznaniu.

Potem komendant stwierdził, że należy zróżnicować rasy i pomyśleć o zakupie owczarka niemieckiego, który z wyglądu będzie wzbudzał większy respekt niż przyjazny i miśkowaty nowofundland. Kiedy Wojtkowiak się o tym dowiedział, jako pierwszy zgłosił się na przewodnika nowego psa. Czekał na ten moment od początku służby – od 1997 roku.

Wojtkowiak opowiada o ich pierwszym spotkaniu. Major miał 3 miesiące, ale był całkiem duży jak na szczeniaka. Jakub zabrał go do siebie i zaczął przygotowywać do przyszłej służby.

– Nauczyłem go posłuszeństwa, podstawowych komend, reagowania na aport. Kiedy pojechaliśmy do szkoły w Sułkowicach, już dobrze się znaliśmy, istniała między nami więź, a ja się nie musiałem martwić, żeby cały czas trzymać go na smyczy i pilnować.

W komisariacie wodnym w Poznaniu Major służy od listopada 2002 roku. Z mł. asp. Wojtkowiakiem spędza każdy dzień, na służbie i poza nią.

– Żona bywa zazdrosna, bo pies przebywa ze mną więcej czasu niż ona – śmieje się policjant.

MOGĘ MU UFAĆ

Kiedy jadą na poszukiwania, rozpoznają teren, gdzie ostatnio była widziana osoba zaginiona, gdzie utonęła albo gdzie może być zakopana. Następnie dzielą go na części i każdy sektor starannie przeszukują. Jest to wymagająca praca i dla psa, i dla jego pana. Przewodnik musi być uważny, umieć reagować na sygnały, które daje Major, i umieć odpuścić, kiedy poszukiwania nie posuwają się do przodu.

Pies pracuje węchem, ale inaczej niż w przypadku tropienia, gdzie zapach ciągle jest i wystarczy za nim podążać. Major musi wciąż analizować docierające zapachy i oceniać, czy to jest to, czego szuka. Dlatego najbardziej efektywna i wydajna praca psa mieści się w granicach 20–30 minut. Później jest czas na odpoczynek.

– Owszem, zdarzyło mi się, że Major nawet po 45 minutach poszukiwań znalazł w lesie kawałek nadpalonego ludzkiego mięśnia – podkreśla Wojtkowiak. – Ale takie zdarzenia są raczej wyjątkowe.

Maksymalnie robi się trzy szukania w ciągu dnia, między którymi są dwie około godzinne przerwy. Przy ostatnim widać, czy pies chce pracować, czy nie.

– Zdarza się, że psy ściemniają – mówi policjant. – Kiedy są już zmęczone, koniecznie chcą zdobyć nagrodę, więc pokazują cokolwiek. Na szczęście przez tyle lat udało mi się wypracować z Majorem pewien styl pracy. On wskazuje tylko to, co naprawdę czuje, więc mogę mu ufać.

PSÓW RATOWNIKÓW UBYWA

Za półtora roku kariera Majora w Policji prawdopodobnie się skończy. Wtedy upłynie ważność atestacji i pies przejdzie na zasłużoną emeryturę. Zamieszka na stałe w domu Jakuba Wojtkowiaka. Nie będzie jeździł na akcje. Zostanie psem domowym.

Dla policjantów będzie to oznaczało stratę kolejnego pomocnika.

– Psów ratowników wodnych prawie już nie ma, bo nie są prowadzone szkolenia. Nie lepiej jest z psami, które poszukują zwłok. Jest ich może 10, maksymalnie 12 w kraju – opowiada Łukasz Ogiński, przewodnik Rambo.

Nieraz się więc zdarzało, że policjanci z Poznania musieli jeździć na poszukiwania do Olsztyna, Łodzi czy Zielonej Góry. Jak podkreślają, przy wyjazdowych poszukiwaniach zwłok trudno o naprawdę dobre warunki do pracy. Aby ograniczyć koszty, wyjeżdżają rano i wracają wieczorem. Kiedy dotrą na miejsce, są zmęczeni i nie ma czasu na odpowiednie rozpoznanie terenu. To źle wpływa na wyniki. Idealną sytuacją jest możliwość wcześniejszego przyjazdu, w okresie kiedy warunki atmosferyczne są dobre (nie wieje zbyt silny wiatr), z równoczesnym zapewnieniem sobie i psom odpoczynku.

– W Tomaszowie Mazowieckim prowadziliśmy takie wzorcowe poszukiwania. Przed ich rozpoczęciem mogliśmy odpocząć, potem spokojnie zapoznać się z terenem. Na dodatek pogoda była idealna, żadnego wiatru. Dzięki temu pracowaliśmy efektywnie i psy szybko wskazały miejsce, w którym mogły znajdować się zwłoki, co zostało potwierdzone – wspomina Wojtkowiak.

Pewnie niedługo szum medialny ucichnie. Ale Major dla znalezionego w lesie bezdomnego i dla wielu ludzi, którym pomógł przez lata swojej służby, pozostanie bohaterem.

Aleksandra Wzorek
zdj. Andrzej Mitura


Uparty policjant

Ta sprawa wstrząsnęła całą Polską. Po 14 latach udało się ustalić, co wydarzyło się z siedemnastolatką, która przepadła bez wieści. A doprowadził do tego jeden człowiek, uparcie dążący do odkrycia prawdy.

Inowrocław, 19 października 2011 r. Chłodny jesienny poranek. Za ratuszem miejskim, na terenach, gdzie 14 lat temu były ogródki działkowe, dwaj mężczyźni podejrzani o zabójstwo wskazują miejsce, w którym zakopali zwłoki. Technicy odnajdują kości, złote kolczyki i legitymację szkolną, na której widnieje imię i nazwisko: „Sylwia Czachowska”.

Inowrocław, 14 września 1997 r. Niedzielne popołudnie. Na osiedlu trwa festyn „Pożegnanie lata”. Sylwia wychodzi z domu pod nieobecność mamy. Zabiera ze sobą tylko klucze i legitymację szkolną. Nie zostawia żadnej wiadomości, gdzie i na jak długo wychodzi. Nie wraca ani tej nocy, ani... nigdy.

Przez 14 lat matka czeka na choćby jedną informację o losie córki.

PRZYPADEK

To, że akurat on dostał tę sprawę, nazywa „przypadkiem”. Każdemu w wydziale przydzielano nierozwiązane sprawy. Tomasz, obecnie młodszy aspirant pracujący w Wydziale Kryminalnym KPP w Inowrocławiu, w zespole poszukiwań i identyfikacji osób, miał przejąć sprawę po ośmiu latach od zaginięcia Sylwii.

– Każdy, kto wcześniej pracował nad tym zaginięciem, działał według sobie znanej metody – opowiada, wspominając początek tej pracy. – Żeby to jakoś pozbierać, musiałem zacząć od zera.

Najpierw przejrzał stare akta, sprawdził, z kim rozmawiano w sprawie zaginięcia dziewczyny. Dotarł do jej znajomych i próbował dowiedzieć się czegokolwiek o okolicznościach zdarzenia. Ale większość rozmów na nic się zdała. Nikt nic nie widział, nikt niczego nie pamiętał. Pojawiły się co prawda jakieś pogłoski o tym, jakoby ktoś ją spotkał. I o tym, że może pracować w jakimś domu publicznym. Ale nic z tego się nie potwierdziło. W większości to były plotki i legendy, które powstały krótko po jej zaginięciu i wciąż funkcjonowały w obiegowej opinii.

– Część jej koleżanek była wręcz przekonana, że skoro sprawa przycichła, to oznacza, że Sylwia wróciła już do domu – wspomina Tomek. – Dlatego nikt się tym szczególnie nie interesował.

Aby przerwać ciszę, do lokalnych mediów trafiły komunikaty opisujące zaginioną oraz okoliczności, w których zniknęła. Informacje o Sylwii pojawiły się też w internecie. Policjant miał nadzieję, że w ten sposób dotrze do osoby, która ruszy śledztwo do przodu. Czas płynął, nikt się nie zgłaszał.

WSZELKIMI MOŻLIWYMI METODAMI

– Ta sprawa nie dawała mi spokoju – mówi śledczy. – Brałem pod uwagę dwie wersje wydarzeń. Pierwszą, że dziewczyna gdzieś wyjechała. Drugą, że nie żyje. Właściwie żadnej nie można było z całą pewnością wykluczyć albo potwierdzić.
Ponieważ nie udało się znaleźć nowych potencjalnych świadków, którzy mogliby naświetlić sprawę z innej strony, Tomasz zaczął szukać innych dróg dotarcia do prawdy o tym, co się stało z Sylwią.

W lokalnej przychodni udało mu się dokopać do całej dokumentacji medycznej dziewczyny, w tym do danych dentystycznych. Mogłyby się one okazać przydatne przy okazji identyfikacji zwłok.

Potem przeszedł do bardziej zaawansowanych metod poszukiwawczych. Zaczęło się od badań genetycznych. W 2009 roku minęło już 12 lat od zaginięcia Sylwii. Trudno było znaleźć przedmioty, na których pozostał ślad jej tkanek. Zdecydowano się więc na pobranie próbki DNA od matki. W Centralnym Laboratorium Kryminalistycznym KGP stworzono profil DNA dziewczyny, pod kątem którego później przeszukiwano registraturę zwłok o nieustalonej tożsamości. Kiedy te działania nic nie dały, Tomasz zwrócił się o pomoc do Biura Międzynarodowej Współpracy Policji KGP. Przeszukano rejestry DNA w innych krajach Europy w poszukiwaniu pasującego profilu. Jednak i to nie doprowadziło do żadnych rezultatów.

W tym samym roku policjant zwrócił się do ekspertów z pracowni odtwarzania wyglądu Laboratorium Kryminalistycznego KWP w Białymstoku o wykonanie wizerunku, jak powinna obecnie wyglądać zaginiona.

– Wizerunek trafił do mediów – wspomina młodszy aspirant. – Skontaktowałem się też z Fundacją ITAKA, która pomagała w nagłaśnianiu sprawy. W końcu na jednym z portali społecznościowych założyłem profil Sylwii jako osoby zaginionej. I czekałem.

OSTATNIA CHWILA

Razem z policjantem na każdą wiadomość czekała matka zaginionej.

– Miała mój numer telefonu i z każdą sprawą mogła do mnie dzwonić – opowiada Tomasz. – Na święta składaliśmy sobie życzenia. Przez lata poznaliśmy się, a ona wiedziała, że może mi zaufać. Zawsze wierzyła, że córka w końcu do niej wróci.
W lutym 2011 roku gruchnęła informacja, że w Nowym Dworze Mazowieckim odnaleziono czaszkę kobiety, która mogłaby wiekiem pasować do Sylwii. Potem znalazł się też korpus. Jednak badanie DNA wykluczyło zbieżność. W ciągu dwóch miesięcy wiadomo było na pewno, że odnalezione szczątki nie należą do Sylwii.

– Powoli zacząłem myśleć o zakończeniu poszukiwań w tej sprawie – wspomina Tomasz. – Nie pojawiały się już nowe ślady. Przygotowywałem na to matkę dziewczyny. Mówiłem jej też o swoich obawach, że najpewniej Sylwia już nie żyje.
Zgodnie z instrukcją do zarządzenia nr 352 Komendanta Głównego Policji z 16 lipca 2003 r. czynności poszukiwawcze kończy się, a materiały z wykonanych czynności przekazuje się do archiwum w sytuacji, gdy upłynęło 10 lat od zgłoszenia zaginięcia osoby małoletniej, która ukończyłaby 23 lata życia.

W sierpniu 2011 r. matka zaginionej złożyła do prokuratury pisemne zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Twierdziła, że jej córka mogła paść ofiarą zabójstwa.

– W związku z tym zwróciłem się do Policji i dowiedziałem się, że jest prowadzona sprawa poszukiwawcza – wyjaśnia prokurator Wojciech Gajdamowicz z Prokuratury Rejonowej w Inowrocławiu. – Byłem pod wrażeniem, że przez te wszystkie lata wciąż sprawdzano każdy dostępny ślad. Akta poszukiwawcze wyglądały naprawdę imponująco.

Do przełomu doszło właściwie w ostatniej chwili, zanim odłożono akta sprawy do archiwum. Choć ze względu na dobro śledztwa nie można ujawnić, jak policja i prokuratura trafiły na ślad zabójców, wiadomo, że to właśnie uparta praca Tomka i podejmowane przez niego działania, w tym informacje w mediach i internecie, przyniosły skutek.

– Jeden z podejrzanych przewijał się wcześniej w sprawie poszukiwawczej, był wielokrotnie przesłuchiwany – podkreśla Tomek. – Ale dopiero przełom pozwolił na dotarcie do najważniejszych informacji i na zatrzymanie osób prawdopodobnie odpowiedzialnych za zaginięcie i śmierć Sylwii. Jest to o tyle dla mnie ważne, że to była ostatnia chwila na wyjaśnienie sprawy.

– 18 października 2011 r. dwóm podejrzanym zostały postawione zarzuty z art. 148 par. 1 kodeksu karnego – przedstawia informacje z akt sprawy prokurator Gajdamowicz. – Następnego dnia przeprowadzono wizję lokalną, w wyniku której zlokalizowano i wydobyto kości ludzkie. Podejrzani zostali tymczasowo aresztowani na trzy miesięce.

PRZESZŁOŚĆ I PRZYSZŁOŚĆ W RĘKACH SĄDU

Co się naprawdę stało 14 września 1997 roku w Inowrocławiu? Policja i prokuratura wciąż zbierają dowody, choć ustalenie wszystkich faktów nie będzie łatwe.

– Trzeba mieć na uwadze specyfikę tej sprawy – tłumaczy prokurator. – Ona nie dotyczy zdarzenia, które zaszło tydzień czy miesiąc temu, tylko 14 lat temu. Więc odtworzenie tego ostatniego dnia ofiary nie jest łatwe. Trudno od świadków wymagać dokładnych zeznań po takim czasie.

W związku z tym przeważająca część postępowania będzie się opierała na ekspertyzach i opiniach biegłych. Trwa badanie porównawcze znalezionych kości z profilem DNA pozyskanym od matki. Wykonuje je Zakład Medycyny Sądowej w Bydgoszczy.
O tym, co się wydarzyło i co czeka sprawców, zdecyduje sąd. Ale droga do tego miejsca nie była łatwa. Udało się ją przebyć wbrew przeciwnościom losu, rutynie policyjnej i dzięki uporowi Tomasza, młodszego aspiranta z KPP w Inowrocławiu.
Za swoją aktywność i poświęcenie w rozwiązaniu sprawy zaginięcia Sylwii policjant został w listopadzie 2011 r. uhonorowany nagrodą Komendanta Głównego Policji.

Aleksandra Wzorek
zdj. Krzysztof Chrzanowski, KPP w Inowrocławiu

W drukowanym wydaniu styczniowego numeru „Policji 997” piszemy również o międzynarodowych sukcesach policyjnych: o znakomitej współpracy policji europejskich przy rozpracowywaniu bombiarzy z IKEA i o polsko-brytyjskiej akcji wymierzonej przeciw handlarzy ludźmi.

A
A+
A++
Wstecz
Drukuj
PDF
Powiadom znajomego
Ocena: 5/5 (2)