II miejsce

Tomasz Jedynak kontynuuje opowiadanie Kazimierza Kyrcza Jr


– Przeszedłeś samego siebie, Kazek, docenimy to – wyszeptał dowódca oddziału BOA. Kazek, stojąc na czatach, miał im tylko szybko potwierdzić dwa piętra niżej, że wszystko idzie zgodnie z planem. Znaczyło to udzielenie Wkrętowi pomocy wejścia do obiektu (przy braku reakcji służb), zdobycie jego pełnego zaufania oraz pozyskanie i przekazanie informacji, gdzie może być zleceniodawca. Tak miało być. W zamian za współpracę miał być ulgowo potraktowany przez wymiar sprawiedliwości za dotychczasowe grzechy...

Nieoczekiwanie jednak i wbrew ustaleniom stanowczo oznajmił, że liczy na dodatkowe profity za swoją rolę i przekazane informacje. Jego żądanie nie znalazło posłuchu i, by nie zrobił jakiegoś głupstwa, został obezwładniony przez rosłych antyterrorystów. Szarpiąc się, ronił łzy. Wkręt, nie chciałem, wołał niemym głosem. Niemym, bo przez zakneblowane dłońmi usta, silnie przytrzymywany nie miał szans na wydanie głosu.

Zdradził przyjaciela już wcześniej, kiedy przystał na współpracę z glinami. Poczucie winy raz jeszcze mimowolnie dało znać o sobie – zrywając się z objęć rosłych antyterrorystów, skowycząc dosięgnął na ścianie alarmowy włącznik przeciwpożarowy. Wycie syreny zagłuszyło jęk Kazka po otrzymanym ciosie. Ogłuszony osunął się na podłogę, rzężąc. Szybka decyzja dowódcy i oddział ruszył. Skoro Kazek zrobił taki numer, to możliwe, że działał na dwa fronty i opowiedział kumplowi o planowanej przez nich akcji. Niewykluczone, że cała operacja spełzła na niczym. Należało działać!

4 dni wcześniej

Policja ujęła Kazka przez drobnostkę – jazdę rowerem po pijanemu, i pomimo okazania fałszywego dowodu wpadł, bo w wyniku sprawdzenia został zidentyfikowany. Cholerny system identyfikacji daktyloskopijnej pamiętał jego odciski palców! Święty nigdy nie był, wici za nim puszczono dawno temu. Za niezliczone włamania i to niefortunne ogłuszenie ochroniarza, po którym ten nigdy nie obudził się ze śpiączki, grozi mu wieloletnie więzienie. Teraz złapany, chcąc umniejszyć karę, poinformował służby o planowanym nietypowym skoku, do którego przysposobił go wkręcony w sprawę Wkręt. Wiedział, że to Boss go najął...

A rzecz podobno była nielicha... Sprawa była o wiele bardziej spektakularna niż mogłoby się wydawać, a wmieszany w nią był Boss – herszt stołecznego świata przestępczego sprzed lat, którego uważano za zmarłego! Podobno również maczał w tym palce Szkarłat (swego czasu upuścił bliźnim sporo krwi).

Sprawa policji zaczęła się zazębiać – z innego źródła dowiedziano się, że są dowody na pobyt Bossa w kraju. Skoro ten przestał być martwy, może zechcieć pozbyć się niechcianych świadków.

Tylko po co, u licha, wchodzić do paszczy lwa, do strzeżonego gmaszyska, w którym rezyduje zastępca KGP oraz mieści się gazeta Policja 997. Z pewnością nikt takiego tupetu, by najść i obrabować policję, się nie spodziewa. Efekt zaskoczenia zawsze działa.

Zleceniodawca kontaktował się wyłącznie z Wkrętem, swoim człowiekiem. Ten zaś mógł działać z sobie znanymi ludźmi, więc wziął Kazka, starego druha, niezrównanego specjalistę od charakteryzacji, wszelkich alarmów i asystowania na czatach.

5 dni wcześniej. Godzina 11.50. Ogrody Frascati w Warszawie

Każdego roku letnią porą rozkładane są tu parasole, w cieniu których można coś zjeść, napić się czegoś dla ochłody oraz odpocząć, podziwiając panoramę z przewyższenia skarpy warszawskiej i okalającego parku.

Przy jednym ze stolików siedzi 13-letni Kamil Losek (zwany Losem). Chłopiec jest na wózku, cierpi na poważne schorzenie. Bardzo lubi to miejsce, więc wskazał je na spotkanie. W oczekiwaniu na gości realizuje jedną ze swoich pasji – robi zdjęcia otoczeniu, przede wszystkim fascynują go zatrzymani w klatce czasu ludzie. Ich mimika, grymasy twarzy czy radość szczególnie dobrze wychodzą przy wykorzystaniu teleobiektywu.

W pobliżu nie było wielu osób, ale dał się zauważyć ogorzały od słońca mężczyzna prowadzący rozmowę z innym o zgoła jasnej karnacji. Śniady człowiek, mający bliznę od kącika ust po oko, przykuwał uwagę beztroskim zachowaniem, wybuchami śmiechu, żywą gestykulacją i bogatą mimiką. Biły od niego buta i charyzma, zaś przebijająca się momentami stanowczość budziła respekt. Był jeszcze ten drugi, postać chyba medialna...

Zdążył zrobić trzy zdjęcia, gdy dostrzegł, że w jego kierunku idzie kilka osób, na które czekał. Tak się ucieszył na ich widok, że mimo uszu puścił dobiegający z innej strony okrzyk, dźwięk zbitego szkła oraz fakt, że ktoś się gwałtownie podniósł i zaczął iść w jego kierunku. Chyba.

Zbliżający się oczekiwani goście to fotograf oraz trzy inne osoby – dwie z są nich ubrane w mundury policyjne. Dał się zauważyć emblemat Policji 997. Dziś postarają się spełnić jego marzenie – w dniu 13. urodzin będzie honorowym policjantem, o czym marzył od zawsze. Zaplanowane były sesja zdjęciowa w specjalnie dla niego przygotowanym mundurze i wywiad do publikacji w czasopiśmie policyjnym. Znajdzie się tam również apel o wpłaty na konto, dzięki którym byłoby możliwe przeprowadzenie kosztownej operacji chłopca w wiedeńskiej klinice. Koszt zabiegu, 100 tys. euro, jest dla rodziny malca nieosiągalny, zaś upływający czas... równie cenny. Piasku w jego klepsydrze życia nieubłagalnie ubywa. Jednak nadzieja uchodzi ostatnia...

Na odchodnym redaktor naczelna, usłyszawszy o pasji Kamila – fotografii i świeżo przez niego zrobionych zdjęciach, zaproponowała wypożyczenie aparatu fotograficznego chłopca, by wybrane zdjęcie jego autorstwa również zamieścić pod artykułem.

Całe zdarzenie z wyraźnym niepokojem obserwowała z pobliska grupa osób.

5 dni wcześniej. Godzina 11.30. Ogrody Frascati w Warszawie

Uchodzący od 10 lat za martwego Boss tylko dzięki sfingowanej śmierci (w grobie leży ktoś inny) i wyjazdowi do Kolumbii uciekł przed wymiarem sprawiedliwości i niewyjętym dożywociem. Porwania, zabójstwa, kierowanie grupą przestępczą to był, i w dalszym ciągu jest, jego żywioł. Fakt, zmienił rejon, teraz zza oceanu przemyca narkotyki do Polski, ale wielu wpływowych przyjaciół rozprowadza w Europie to, co on im podeśle.

Przed czterema dniami przyleciał do kraju, by o interesy zadbać na miejscu i nagrać kilka lukratywnych przerzutów.

Dziś spotyka się ze Szkarłatem, dawnym znajomym po fachu, wcześniej niespotykanie skutecznym zabójcą na zlecenie, dziś prężnym gangsterem warszawskiego podziemia, specjalizującym się w narkotykach. Ma on też drugie oblicze – jest powszechnie znaną i wpływową osobą świata polityki.

Nikt nie może wiedzieć, że Boss jest w kraju, dlatego nie opuszcza go kilku dyskretnych ochroniarzy.

– Więc jak, dobiliśmy targu? Obu nam się to będzie opłacać. Ten towar jest wyjątkowy. Nie weźmiesz ty, weźmie kto inny – powiedział Boss.

– Zgoda, ale następnym razem liczę na znaczną bonifikatę, wiesz za co... – odrzekł Szkarłat

W momencie gdy wznosili toast, Boss zauważył błysk flesza. Znieruchomiał i warknął:

– Co, do cholery, ten smarkacz robi nam zdjęcia! Pyton, miałeś mnie pilnować! Zabierz mu ten aparat! Tylko tego brakuje, żeby wyszło na jaw, że żyję, w dodatku, że jestem w kraju. Mam tu jeszcze interesy do zrobienia!

– Ejże! – krzyknął Pyton i gwałtownie się podniósł, trącając kufel piwa, który rozbił się u jego nóg. Ruszył do oddalonego o kilkanaście metrów małego fotografa. W ślad za nim szło trzech rosłych osiłków. W połowie drogi zasyczał, odwrócił się na pięcie i wraz z pozostałymi wrócił do Bossa, mówiąc:

– Szefie, policja!

Zaniepokojona ekipa przez dłuższy czas dyskretnie obserwowała zamieszanie wśród uczestników nietypowego spotkania, dopóki wszyscy się nie rozeszli. Dało się zauważyć, że będący w zainteresowaniu aparat przejęła przedstawicielka Policji 997…

Boss warknął do Pytona:

– Nie wierzę! Sto razy Ci mówiłem, że nie życzę sobie jakichkolwiek incydentów. Masz odzyskać te zdjęcia! Oni od niechcenia tego aparatu nie wzięli! Niech no tylko dojdą, kto jest na zdjęciach, albo – co gorsza – opublikuja je, będę skończony, dopadną mnie. Zresztą ty nic nie rób, bo znowu spier…sz. Znam kogoś po stokroć bardziej zaufanego.

– To leży również w moim interesie! – odrzekł Szkarłat. – I poinformuj mnie, co zamierzasz uczynić.

Szkarłat, niegdyś brutalny mafioso, nigdy nie odpokutował adekwatnie do popełnionych czynów. Porwania dla okupu, przemyty papierosów, później krwawe porachunki, w których uczestniczyły również osoby postronne, dzięki armii papug uszły mu na sucho, jeśli nie liczyć jednego roku za kratami za pomniejsze przewinienie. W tamtych czasach jego wizytówką, jaką często a priori informował swoich adwersarzy o zbliżającym się przeznaczeniu, było określenie „pożałujesz”...

Po wyjściu zza krat zmienił tożsamość, uruchomił zaoszczędzone z poprzednich lat fundusze na rozkręcenie biznesu (deweloperka, przewozy transportowe) i sponsoring wielu polityków. Po latach sam został jednym z nich... Ale przestępczego fachu się nie wyrzekł, działa o wiele ostrożniej w białych rękawiczkach, w wyłudzeniach należnego podatku oraz popłatnych narkotykach.

Szkarłat nie był zachwycony współpracą z Bossem. Ten za narkotyki żądał przedpłat, a bywało, że towar nie był najwyższej jakości. Zdarzyło się, że kiedyś nawet nie dotarł w zamówionej ilości, a zwrotu ogromnej ilości gotówki się nie doczekał, choć Boss obiecywał mu stratę zrekompensować. Do momentu, gdy nie dobije targu z innymi, jest skazany na współpracę z Bossem. Już niedługo...

Szkarłat sam nie może zostać rozpracowany, przeobrażenie w człowieka o nieposzlakowanej opinii zbyt wiele go kosztowało – wyprowadzka z drugiego końca kraju, zmiana tożsamości, operacje plastyczne, kariera męża zaufania. Teraz ma swoją mafię i rozległą siatkę powiązań dystrybucji narkotyków, ale przypisanie mu udziału w tym biznesie jest niemal niemożliwe. Jeśli rozszyfrują Bossa, to i on się nie wywinie – będzie skończony.

Sęk w tym, że Bossowi już nie ufa. Boss jest nietykalny, ma liczną ochronę i trudno go namierzyć – każdego dnia zmienia miejsce zamieszkania. Dziś też zrobienie mu krzywdy było niemożliwe, bo o miejscu spotkania dowiedział się w ostatniej chwili. Chyba, żeby tak egzekucja. A gdyby tak dwie pieczenie na jednym ogniu? W głowie Szkarłata zaiskrzyła pewna myśl, płomień z każdą chwilą zaczął obejmować większe połacie jego mózgu, by doprowadzić do eksplozji pewnej idei. To dobry moment na dokonanie zmian!, pomyślał.

5 dni wcześniej. Warszawa, ul. Stokrotki 100/7

– Stary przyjacielu, jestem w kraju, wpadnij do mnie pilnie. Za godzinę bądź przy metrze Stokłosy, stamtąd ktoś cię przejmie. Mam nietypową i pilną robotę. Ozłocę cię, jeśli się spiszesz. Od tego zależy moje życie – usłyszał Wkręt w słuchawce głos Bossa...

4 dni wcześniej. Godzina 9.30. Siedziba redakcji Policji 997

– Hm, mamy tu coś ciekawego. Czy to możliwe? – Redaktor naczelna na widok ujęć Kamila na swoim komputerze najpierw zbladła, by za chwilę zapłonąć od uderzenia adrenaliny. – Nie mogę się mylić! W dodatku ta blizna! – stwierdziła. – Przecież jakiś czas temu pisaliśmy o nim artykuł. A ten drugi to przecież... 

Nie namyślając się długo, chwyciła za telefon. Proszę o rozmowę z komendantem! – usłyszała w słuchawce sekretarka.

2 dni wcześniej

– Tak to właśnie będzie wyglądało – skończył Boss. Plan, który w szczegółach telefonicznie przedstawił Szkarłatowi, był szalony, ale możliwy do realizacji, gdyż poparty działaniami sytuacyjno-rozpoznawczymi zaufanego człowieka – Wkręta. Ten, przy pomocy towarzysza, włamie się do siedziby redakcji policyjnego pisma w ściśle określonym dniu, o konkretnej porze.

Dobrze wiedzieć, uśmiechnąwszy się, pomyślał Szkarłat.

Cholera!, pomyślał Wkręt. Opuszczał właśnie pokoje redakcji. Gdy usłyszał dźwięk syreny i kroki nadbiegających, nie zastanawiał się dłużej, czym prędzej pobiegł w drugi koniec korytarza do wyjścia na dach, przez który wcześniej się tu dostał. W jednej chwili jednak się zreflektował i postanowił skorzystać – zgodnie z wcześniejszym rozpoznaniem – z innej drogi ucieczki. Wszedł do usytuowanej naprzeciw windy toalety. To miało być ich wyjście awaryjne.

Wtedy, ucharakteryzowani na gustownych gości odbywającej się imprezy z okazji Święta Policji, weszli do budynku Pegaza, starając się nie zwracać na siebie uwagi. Pośród tłumu, tuląc do siebie zawiniątko, niespiesznie skierowali się na taras, skąd, po pokonaniu jakichś 20 m parkingu oraz kilku schodków, podeszli pod drzwi budynku KGP. Udając, że jedynym ich zamierzeniem było wypalenie papierosów, dyskretnie się zasłonili dłońmi i otworzyli drzwi wytrychem. Chyłkiem pokonali oko kamery i skierowali się do windy. Wcisnąwszy ostatnie piętro, wskoczyli na wieko windy, skąd można się było dostać na dach, a z dachu zejść na piąte piętro.

Teraz jednak, sądząc, że wyjścia są już obsadzone, postanowił skorzystać z liny. Przywiązał jej koniec do grzejnika, drugi rzucił za okno. Dzięki wyposażeniu w przyrząd asekuracyjno-zjazdowy szybko spuścił się z okna toalety wprost na łącznik między budynkami, a później jeszcze niżej do podstawy budynku. Nad głową usłyszał okrzyki pogoni, dobiegające z otwartego okna, które przed chwilą opuścił. Nie siląc się na żadną kurtuazję ani kamuflaż, byle jak najszybciej opuścić obiekt policyjny, bezceremonialnie dobiegł do pobliskiego ogrodzenia i pokonał je. W kilka sekund przebiegł kilkadziesiąt metrów ulicy Samochodowej. W biegu zdalnie otworzył żółtą „cytrynę”, po czym wskoczył do wnętrza, odpalił silnik i z piskiem opon ruszył w kierunku Garażowej, by później włączyć się do ruchu na Wołoskiej. Jego celem był kampinoski Izabelin i pewna willa, którą za siedzibę obrał sobie Boss.

Roztrzęsiony Wkręt nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Jak to się mogło stać?! Może rzeczywiście na początku szło zbyt łatwo... Hm, wpadkę można było jeszcze wziąć pod uwagę, mając na względzie, że za cel obrali sobie obiekt policyjny. Ale niezrozumiała utrata Kazka, szturm nawet nie ochrony, ale jakiegoś oddziału. I to w Święto Policji? Przecież wyraźnie słyszał kilkanaście osób, jakieś głośne rozkazy, alarm. Jakby specjalnie na nich czekali. Ktoś wsypał? Przecież nie szef ani Kazek, który przypłacił to życiem. A co miało znaczyć „pożałujesz”? W świetle wydarzeń ten przekaz miał ścisły związek z zaistniałą sytuacją. Cóż w końcu miało być w tym sejfie, o czym mu zleceniodawca nie powiedział, a było w centrum zainteresowania innych? Jakich innych? Ozłocę cię, mówił. Ale w imię czego? Miałem zabrać zawartość sejfu, ale co mogło być tyle warte, by płacić za to majątek? Rolą redakcji jest publikacja, więc to pewnie materiały dekonspirujące Bossa – osoby, która dawno temu oficjalnie przestała istnieć...

– Szefie, wracam, nie wszystko było tak, jak należy – powiedział Wkręt przez telefon. Jadąc, w kilku zdaniach streścił przebieg zdarzeń.

Zaaferowany rozmową i bijąc się z myślami, zmierzał do Izabelina. Nie dostrzegł, że jest poddany obserwacji. I to nie jednej...

W czarnej beemce Szkarłat wysłał uzbrojonych goryli. Znając dzisiejszy plan, dał zlecenie swoim ludziom, by, śledząc wracającego do bazy Wkręta, zorientowali się, gdzie się ukrył znienawidzony Boss. Mieli wykonać na nim egzekucję.

W pewnym oddaleniu za Wkrętem, początkowo hondą typu SUV, później, w ramach działań operacyjnych, innymi pojazdami wyposażonymi w urządzenia do radionamierzania, zdążali funkcjonariusze Policji, mający za zadanie namierzyć miejsce przebywania Bossa. Celem nadrzędnym było nie tylko jego przechwycenie, ale również zdobycie dowodów na przestępczą działalność Szkarłata, z którym ten pierwszy zapewne zechce się skonfrontować. Tym bardziej że na jaw wyszedł fortel – blef w postaci informacji „pożałujesz”, zastosowanej przez samą policję, ale teoretycznie wskazującą na udział w spisku Szkarłata.

Rozmowa Wkręta z Bossem już została zarejestrowana, ułatwiając lokalizację ID telefonów. Można teraz wysłać dodatkowe siły szturmowe, ale i w dalszym ciągu śledzić uciekiniera. Inna grupa dodatkowo prowadziła nasłuch i od dłuższego czasu czekała na hasło, by wejść do posiadłości polityka i biznesmena, podejrzewanego o współpracę z Bossem.

Willa w Izabelinie

– To wizytówka Szkarłata – oznajmił Boss Wkrętowi, wpatrując się w przyniesioną kartkę i słuchając relację ze zdarzeń, jakie miały miejsce przy Domaniewskiej. – Wszyscy, którzy otrzymywali taką wiadomość, żałowali... W słowie „pożałujesz” ukryte są litery odpowiadające jego dawnemu nazwisku, Pożarski Łukasz. Nie daruję! – dodał, chwytając za słuchawkę.

– Szkarłat, coś ty odwalił? Co znaczy kartka z sejfu? Wróciłeś do dawnych zagrywek? Wcześniej opróżniłeś sejf i wystawiłeś mnie? – pytał Boss.

– O co ci chodzi? Co ty mówisz? – odpowiedział Szkarłat wyraźnie zdziwiony.

– Otóż nie, mój drogi, przesadziłeś. Wydałeś na siebie wyrok. Będąc Pożarskim, niejedno miałeś na sumieniu i uszło ci to płazem, ale ja mam na ciebie kwity, które cię pogrążą. Sądzisz, że jesteś nietykalny? Grubo się mylisz. Stracisz wszystko, twój wybielony image legnie w gruzach. Mnie się nic nie stanie, za chwilę znikam.

– Pyton, odpalaj śmigłowiec! – odwróciwszy się, Boss rzucił gorylowi.

– Przystopuj, porozmawiajmy. Jedziemy na jednym wózku. Zależało mi na powodzeniu tej operacji. Coś nie wyszło? Nie sądzisz chyba, że cię wystawiłem, znasz moją sytuację – powiedział Szkarłat.

– Mój drogi, nasze drogi się rozchodzą, właściwie twoja kończy się na przepaści... Brałeś ode mnie narkotyki, fakt. Przestała ci odpowiadać współpraca? Mam długie ręce. Od dawna słyszałem, że szykujesz sobie nowe kontakty przy pozyskiwaniu narkotyków wespół z kolumbijskim FARC (Rewolucyjnymi Siłami Zbrojnymi Kolumbii – przyp. TJ).

– Boss, daj spokój, to pogłoski… Nie zlecałem opróżniania sejfu! Współpracowaliśmy przez lata, dzięki tobie miałem kokainę, którą wprowadzałem na rynek. Nie narzekam na nasze relacje, uwierz!

W międzyczasie Szkarłat cały czas myślał, kiedy jego chłopcy zaatakują. Ostatni kontakt mieli pół godziny temu – wówczas potwierdzili obserwację jadącego Wkręta. Chyba nic im się nie stało? Boss o niczym takim nie wspomniał. Mam nadzieję, że za chwilę uderzą, pomyślał.

W tym momencie Bossa coś tknęło. A Szkarłat w słuchawce usłyszał:

– Wkręt, coś mi tu śmierdzi! Sprawdziłeś, czy nie miałeś ogona, jadąc tutaj...

Pod willą w Izabelinie

Dowódca oddziału BOA nie potrzebował więcej szczegółów.

– Mistyfikacja się udała. Panowie się pokłócili, mówiąc o wiele za dużo... – stwierdził. – Mamy i tego drugiego. Panowie, wchodzimy! – rzucił do uzbrojonego po zęby oddziału i do radiotelefonu. Usłyszane „przyjąłem” uznał za pewnik, że i Szkarłat nie obroni się ani przed drugą grupą funkcjonariuszy, ani przed wymiarem sprawiedliwości.

A u jego stóp leżało czterech obezwładnionych i skutych osiłków, których BOA wzięło za ochronę Bossa towarzyszącą Wkrętowi. Dziwnie się tylko skradali...

Wiedeń, 5 sierpnia 2013 r.

Ocknąwszy się, Kamil otworzył oczy. Obolały leżał na sali pooperacyjnej. Obok zauważył trzy osoby – mamę, lekarza oraz polskiego policjanta.

– Witaj, Kamilu – rzekł mundurowy. – Nic nie mów. Widzisz, akurat gościłem w Krajowej Komendanturze Policji w Wiedniu i nie omieszkałem do Ciebie zajrzeć. Wiedz, że jestem Ci ogromnie wdzięczny za to, do czego się przyczyniłeś. Prawdziwy uśmiech losu sprawił, że upolowałeś – robiąc im przypadkowe zdjęcie – tych bandziorów. My zaś dopełniliśmy reszty. Cieszę się, że otrzymana nagroda umożliwiła przeprowadzenie Twojej operacji. Słyszałem, że rokowania są bardzo obiecujące. Jak tylko wyzdrowiejesz, zapraszam Cię do mojego gabinetu, na Puławską – dodał generał.

Na twarzy Kamila zagościł uśmiech, prawdziwy uśmiech Losu...

Tomasz Jedynak

A
A+
A++
Wstecz
Drukuj
PDF
Powiadom znajomego
Ocena: 3/5 (7)