Lotnicy

Ojciec i syn. Obaj są policjantami, służą w Zarządzie Lotnictwa Policji Głównego Sztabu Policji KGP.

Starszy aspirant Kazimierz Chaczko jest pilotem śmigłowca, a jego syn Karol, starszy sierżant, stara się, aby nim zostać. Pierwszy z nich spędził w powietrzu 6750 godzin. To jeden z najbardziej doświadczonych i zasłużonych pilotów lotnictwa policyjnego. Jego syn do tej pory pilotował samoloty, ale w tym roku ma w planach ukończenie kursu na drugiego pilota śmigłowca W‑3 Sokół, bo jego marzeniem jest latać helikopterami, jak tata.

OJCIEC

W Polsce w latach 70. XX wieku było zapotrzebowanie na usługi agrolotnicze, a na rynku brakowało pilotów. Dlatego w dwóch szkołach średnich w Kętrzynie i Zamościu powstały kierunki, na których można było zdobyć kwalifikacje lotnicze. Kazimierz Chaczko zapisał się do drugiej z nich w 1978 roku. Już po roku edukacji odbył pierwszy samodzielny lot. W 1981 r. zdobył licencję pilota śmigłowca Mi‑2. Został zatrudniony w WSK „PZL Świdnik”, gdzie wykonywał przede wszystkim zlecenia dla państwowych gospodarstw rolnych.

– Zajmowałem się agrolotnictwem, czyli ochroną i nawożeniem roślin, a także transportem pasażerów i ładunków – opowiada pilot o swojej pierwszej pracy w lotnictwie.

W 1991 r. zlikwidowano większość PGR‑ów, a rok później w ramach restrukturyzacji WSK „PZL Świdnik” powstała spółka „Heliseco”. Odtąd głównym zadaniem firmy była ochrona przeciwpożarowa lasów w Polsce, a w następnych latach w Hiszpanii. W „Heliseco” pracował do 2001 roku, gdzie spędził za sterami śmigłowców 5250 godzin. Postanowił wstąpić do Policji, bo był doświadczonym pilotem, a do tego latał dwoma typami śmigłowców: Mi‑2 i W‑3 Sokół.

– Zaproponowano mi służbę w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Gdańsku, gdzie od 2001 roku byłem kierownikiem w tamtejszej Sekcji Lotnictwa Policji – wspomina st. asp. Kazimierz Chaczko.

Po kilku latach baza została zlikwidowana, a jego przeniesiono do Warszawy, gdzie od 1 stycznia 2009 r. rozpoczął służbę na stanowisku starszego pilota. W Wydziale Lotniczym ZLP wykonuje loty poszukiwawcze osób zaginionych, ściga z powietrza przestępców, a zdarza się, że przeprowadza akcje ratunkowo‑ewakuacyjne. Ma uprawnienia do lotów w górach, nad morzem, a także w nocy. Mówi, że te ostatnie są najtrudniejsze i najbardziej męczące, gdy nad lasami poszukuje się osób zaginionych za pomocą kamer termowizyjnych, bo loty wymagają szczególnego skupienia i dokładności.

– Wtedy pierwszy pilot zajmuje się lotem, a drugi obserwacją terenu objętego poszukiwaniami i obsługą reflektora – opowiada pilot. – Nie można za nisko schodzić, bo trzeba uważać, żeby nie uderzyć w drzewa. Nie można też latać za wysoko, bo wtedy nic nie widać. Najlepiej latać na wysokości 150–200 metrów – wyjaśnia.

Pytany o akcje, które najbardziej utkwiły mu w pamięci, wspomina działania z 23 maja 2010 roku, gdy w Polsce była powódź.

– W Świniarach, w powiecie płockim, doszło do przerwania wału przeciwpowodziowego na Wiśle. Woda zalewała domy, w których uwięzieni zostali ludzie – mówi.

Sprawna akcja ratunkowo‑ewakuacyjna przeprowadzona przez pilota Kazimierza Chaczko, jako dowódcę załogi śmigłowca W‑3 Sokół, pozwoliła uratować z zalewanego budynku 12 osób, w tym 8 dzieci.

– Gdyby nie nasza pomoc, to niewykluczone, że ci ludzie nie przeżyliby, bo byli odcięci od świata – wspomina akcję ratowniczą.

Za te działania otrzymał Krzyż Zasługi za Dzielność, który jest nadawany przez Prezydenta RP za czyny w specjalnie ciężkich warunkach, z wykazaniem wyjątkowej odwagi, z narażeniem życia lub zdrowia (o odznaczonych w tym roku piszemy na stronie 6 wydania papierowego). Podczas 33-letniej kariery zawodowej spędził w powietrzu ponad 6750 godzin, w tym około 1500 za sterami śmigłowców policyjnych. Imponująco wygląda także liczba jego startów i lądowań, która w chwili pisania artykułu wynosiła 35 750. W 2013 r. podczas święta lotnictwa polskiego otrzymał od redakcji „Skrzydlatej Polski” honorowe wyróżnienie za całokształt działalności lotniczej „Błękitne Skrzydła”.

SYN

Karol Chaczko urodził się i wychował w Świdniku, który słynie z fabryki śmigłowców. Od dziecka je często widywał, i często o nich słyszał. Właściwie trudno się dziwić, że zaczął się interesować helikopterami i samolotami.

– Moi wszyscy przyszywani wujkowie to piloci. Oni byli zawsze dla mnie wzorem. Gdy przychodzili do nas do domu, rozmawiało się najczęściej o lotnictwie – wspomina dzieciństwo.

Zaczął latać, gdy miał 16 lat. Swoją przygodę z lotnictwem rozpoczął od szybowców w aeroklubie, na których wylatał w sumie 70 godzin.

– Na początku latało się od 5 do 10 minut, ale człowiek był szczęśliwy. Później zdarzało się, że lot trwał po kilka godzin – wspomina początki pasji.

Na lotnisku kosił trawę, mył szybowce, a gdy było trzeba, pomagał zwozić kolegów, którzy wylądowali w polu. Mówi, że były to jedne z piękniejszych chwil jego życia. Poznał wspaniałych ludzi, którzy dzisiaj są kapitanami w pasażerskich liniach lotniczych. Po ukończeniu szkoły średniej rozpoczął studia w Wyższej Szkole Handlowej w Kielcach na kierunku bezpieczeństwo publiczne i ochrona.

– Wyjechałem wtedy do Anglii na staż studencki, żeby podszkolić język oraz zarobić pieniądze na dalsze szkolenie lotnicze – mówi.

Gdy wrócił, zrobił licencję zawodową pilota samolotowego oraz zdał egzamin teoretyczny na licencję pilota liniowego, która uprawnia go do latania zawodowego. Zaczął latać samolotami typu: Cessna 150, Cessna 152, Cessna 172 i PZL M‑20 Mewa, a także An‑2. Po studiach pracował w Straży Miejskiej w Świdniku. Po dwóch latach złożył papiery o przyjęcie do Policji.

– W KWP w Lublinie przeszedłem procedurę rekrutacji, ale w tym garnizonie nie zostałem przyjęty, bo nie było naboru. Przyjęcia były tylko w garnizonie stołecznym – opowiada.

W 2009 r. trafił na kurs podstawowy do Szkoły Policji w Słupsku, a później do OPP w Piasecznie. Na przyjęcie do Lotnictwa Policji nie mógł liczyć, bo był niedoświadczonym pilotem samolotowym, który spędził w powietrzu zaledwie 200 godzin. W OPP jeździł na zabezpieczenia meczów, demonstracji i imprez masowych, a także patrolował ulice. Nie było łatwo, ale wspomina tamten czas z sentymentem, bo miał wspaniałych dowódców i poznał kolegów, z którymi się zaprzyjaźnił.

– W Policji zacząłem pracę od przysłowiowego krawężnika. Dlatego mam ogromny szacunek dla chłopaków służących na ulicy, bo wiem, jak ciężką i odpowiedzialną pełnią służbę – stwierdza st. sierż. Karol Chaczko.

Po roku służby w OPP został przeniesiony do Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu, która potrzebowała pilota, bo pozyskała samolot A‑22 Aeroprakt.

– Patrolowałem z powietrza autostrady i rzekę Odrę. Brałem udział w zabezpieczeniu EURO 2012 – wspomina.

Nieustannie pisał raporty, by przeszkolono go do latania śmigłowcami. Napisał któryś z kolei, ale cały czas przychodziły odmowy z powodu pełnej obsady etatowej. Nagle się okazało, że jest miejsce w Zarządzie Lotnictwa Policji GSP KGP w Warszawie. Do tego czasu jego nalot samolotami wynosił 487 godzin.

– To był najszczęśliwszy dzień w moim życiu, gdy dowiedziałem się, że z dniem 1 lipca 2012 roku zostaję przeniesiony do ZLP – opowiada.

Pełni obowiązki szefa nadzoru operacyjnego Lotnictwa Policji. Koordynuje policyjne operacje lotnicze w kraju.

– Jeżeli nasz śmigłowiec wylatuje w Polskę, organizuję załogom paliwo, lądowisko, a czasami nocleg. Zajmuję się logistyką – mówi o swoich zadaniach.

Dodatkowo jest operatorem sytemu obserwacji lotniczej w śmigłowcu Bell 206. Kamera, którą obsługuje, pozwala widzieć wszystko. Za jej pomocą poszukuje z powietrza m.in. osób zaginionych. Kiedy powstawał ten tekst, st. sierż. Karol Chaczko odbywał szkolenie teoretyczne na drugiego pilota śmigłowca W‑3 Sokół. Uczył się budowy helikoptera i zasad lotu. Ma nadzieję, że w tym roku rozpocznie praktyczne szkolenie śmigłowcowe.

Jest szczęśliwy, że trafił do ZLP, bo ma szansę się spełnić się zawodowo. Mówi, że złapał Pana Boga za nogi.

Karol Chaczko ma żonę i dwuletnią córeczkę. Zapytany, czy chciałby, żeby jego pociecha w przyszłości latała, odpowiedział, że będzie jej odradzał, bo to ciężki kawałek chleba. Jedno jest pewne, gdy będzie chciała zgłębić tajniki latania, będzie miała się od kogo uczyć. 

ARTUR KOWALCZYK
zdj. Krzysztof Chrzanowski

A
A+
A++
Wstecz
Drukuj
PDF
Powiadom znajomego
Ocena: 5/5 (1)