Lodzia

Samo wymienienie tytułów prasowych z Polski i z zagranicy, które zamieszczały wywiady z nią lub reportaże o jej pracy, zajęłoby pół artykułu. Na balu sylwestrowym tańczyła w pierwszej parze z premierem. Pisano piosenki o niej i dla niej. Choć także strzelano do niej. Życie Leokadii Krajewskiej, najbardziej znanej polskiej milicjantki, mogłoby posłużyć za kanwę scenariusza niejednego filmu.

Na początku nic nie zapowiadało, że będzie aż tak barwne. Ojciec zmarł, kiedy miała cztery lata. Matka w poszukiwaniu źródeł utrzymania musiała wyjechać z rodzinnego Wirowa na Podlasiu do Warszawy. Małą Lodzią i jej siostrą zajęli się dziadkowie.

– Było ciężko – wspomina pani Leokadia. – Dziadek był leśnikiem, chłopi kradnący drzewo wybili mu oko, co ograniczyło jego możliwość pracy. Praktycznie jeszcze jako dzieci musiałyśmy radzić sobie same.

Ta umiejętność przydała jej się w czasie wojny, kiedy znalazła się w stolicy sama – matkę wywieziono do obozu koncentracyjnego, a siostrę na przymusowe roboty. Ona pracowała u szewca. Po wyzwoleniu obozu matka wróciła do Warszawy i wystarała się o pracę dla niej w praskim PCK.

ZA MUNDUREM, ZA KASZĘ

W kwietniu 1945 r. sąsiad, funkcjonariusz MO, namówił ją, by spróbowała przyjąć się do służby.

– Miałam 17 lat, ale powiedziałam, że 18 – śmieje się na to wspomnienie. – Nikt wtedy nie sprawdzał dokładnie papierów. Dostałam zielone umundurowanie, owijacze, podkute buty, furażerkę, chorągiewki zieloną i czerwoną, no i karabin, a później pistolet. Po krótkim przeszkoleniu trafiłam do Kompanii Ruchu Drogowego i na swoje pierwsze skrzyżowanie na rogu ulic Targowej i Wileńskiej. W tamtym okresie byliśmy skoszarowani na Bednarskiej, a całą naszą gażą był deputat żywnościowy, głównie kasza gryczana i śledzie.

Kiedy pani Leokadia zaczynała służbę, o korkach nikt jeszcze w zrujnowanej Warszawie nie słyszał, co jednak nie oznaczało, że pracowało się lekko. Ona i kilka innych koleżanek na równi z mężczyznami musiały odstać na skrzyżowaniu 8 godzin, niezależnie od pogody.

– Stałyśmy po dwie, zmieniając się, godzina na środku skrzyżowania i godzina z boku, na chodniku, ale kiedyś koleżanka nie przyszła i musiałam sama stać 16 godzin – mówi pani Leokadia. – Dostałam w nagrodę 3 dni urlopu.

Mimo niewielkiego ruchu dochodziło do tragicznych w skutkach wypadków z udziałem regulujących ruch milicjantów i milicjantek. Irenę Małecką, koleżankę pani Leokadii z KRD, śmiertelnie potrąciła ciężarówka.

– Ja też zostałam potrącona, ale niegroźnie – mówi. – Były też i inne niebezpieczeństwa. Koleżankę Janinę Krzemińską zabito, kiedy wracała po służbie. Zabrano jej pistolet. Do mnie i koleżanki ktoś strzelał, kiedy stałyśmy na pl. Trzech Krzyży. Schowałyśmy się do budki strażniczej na pobliskiej budowie. Wtedy w Warszawie przestępczość była naprawdę ogromna. Innym razem wyskoczył do mnie z korbą rosyjski kierowca, którego chciałam ukarać. Obezwładnili go ludzie, wrzucili na pakę i zawieźli do komendy, a przełożeni potem pytali mnie, co on mi chciał zrobić, że go tak urządziłam.

Z czasem sytuacja w mieście zaczęła się powoli normalizować. Kompania została rozkoszarowana, funkcjonariusze mogli zamieszkać we własnych domach. Pani Leokadii przydzielano służbę na coraz to nowych skrzyżowaniach.

– Stałam m.in. na rogach: Krakowskiego Przedmieścia i Karowej oraz Al. Jerozolimskich z Nowym Światem, Marszałkowską, Żelazną, Towarową, a także na Krakowskim Przedmieściu przy pomniku Kopernika – mówi. – Musiałam sama po służbie nieść do jednostki podest, na którym stałam, czasem pomagali mi kierowcy, których o pomoc poprosiłam.

NA BALII

Młoda milicjantka zaczęła zwracać na siebie uwagę kierowców i przechodniów.

– Nie było nas wtedy dużo, ze 20 dziewcząt w kompanii, rzucałyśmy się w oczy, a ja, jak mi mówiono, byłam atrakcyjną kobietą – mówi figlarnie. – Zaczęło się oglądanie, jak pracujemy. Choć dla mnie raz o mały włos nie skończyło się to tragicznie. Zapatrzył się na mnie kierowca i o mało mnie nie potrącił.

Prawdziwa popularność pani Leokadii zaczęła się od posterunku na ul. Brackiej. Kiedy tam regulowała ruch, powstał pierwszy artykuł o niej. Później były następne. Wiele następnych. Rysowano ją także, m.in.: Marian Walentynowicz, Konstanty Sopoćko. Powstała też o niej piosenka.

– Gapiów było mnóstwo, i młodych, i starych – wspomina. – Ludziom nie przeszkadzało, że karałam mandatami, lubili mnie. Jak zaczęłam już być znana z imienia, zaczęłam dostawać na imieniny kwiaty, balony. Oj, pamiętam ten pęk balonów, który jakoś trzeba było zawieźć później do domu. Pomógł mi motocyklista na motorze z koszem. Kiedyś zagrała dla mnie Orkiestra z Chmielnej, ale ja przerażona i zawstydzona schowałam się do bramy, a i tak następnego dnia przełożony zwrócił mi uwagę, że nie powinnam się tak afiszować.

13 sierpnia 1947 r. na rogu Nowego Światu i Al. Jerozolimskich pokierowała pierwszą sygnalizacją świetlną w odbudowywanej stolicy.

– Siedziało się na tzw. bocianim gnieździe i ręcznie przełączało światła – wspomina.

Już nikt (może z wyjątkiem przełożonych) nie mówił o niej „pani Leokadia”; dla warszawiaków stała się Lodzią. Z kolei o jej podeście, na którym pełniła służbę, mówiono „balia”. Z właściwym sobie humorem o Lodzi i balii napisał Wiech w felietonie „Balie obniżyć”: (...) balia jest ciut‑ciut za wysoko i o obrazę władzy w tych warunkach nietrudno. Lodzia jest władziuchna wyjątkowo twarzowa, a tak wysoko stoi, że okien tramwajowych kalotechniką sięga. To tyż może się zdarzyć, że jakiś warszawiak niechcący naumyślnie ją pocałuje. I masz pojęcie, co się będzie działo. Lodzia z balii zeskoczy, żeby protokół zestawić i faceta do mamra odprowadzać, a tem czasem fatalne zabadziarażenie kołowego ruchu może nastąpić. Po mojemu balie musowo obniżyć.

NA WESOŁO, NA SMUTNO

Zalotników faktycznie nie brakowało.

– Jeden z adoratorów długo wystawał, obserwując mnie, w końcu zaczął zagadywać, a nawet kilka razy odwiózł do domu, ale pogoniłam go kiedyś, bo przyszedł po kielichu – mówi. – Innym, który utkwił mi w pamięci, był student medycyny. Oj, jaki on był zazdrosny! Robił mi awantury, że się uśmiecham do innych.

Czarowi Lodzi uległ nawet burmistrz Sztokholmu, który, będąc z wizytą w Warszawie, zaprosił ją na kolację, proponując także wizytę w stolicy Szwecji.

Służba musiała mieć też jednak i swoje przykre strony.

– Ze smutnych rzeczy najbardziej utkwił mi w pamięci pierwszy wypadek śmiertelny na obecnym rondzie Waszyngtona, wówczas skrzyżowanie al. Waszyngtona z ul. Zieleniecką – mówi. – Mężczyzna, chyba samobójca, wpadł pod ciężarówkę. Zatrzymałam samochód, zawieźliśmy go na pogotowie na Nowogrodzką. Myślałam, że go uratuję, ale lekarz stwierdził zgon. Ciało musiałam zawieźć do kostnicy na ul. Oczki. Trzeba było mu wyjąć dokumenty, ale jak zobaczyłam te nogi spod prześcieradeł, zrobiło mi się słabo. Na szczęście pomogła mi pracownica kostnicy. Później jeszcze musiałam robić dokumentację z miejsca zdarzenia.

Z BIEGIEM LAT

W 1950 roku Lodzia pożegnała się ze służbą na ulicy. Ten rok był też ważny w jej życiu także z innego powodu – wyszła za mąż za kolegę z pracy Edmunda Krajewskiego (jej panieńskie nazwisko: Kubanowska).

– Ładny, przystojny był, choć ja początkowo nie chciałam, ale był taki uparty, że w końcu się pobraliśmy – uśmiecha się.

Po odejściu z rd pracowała w łączności, inspekcji, szkoleniach; była również sekretarką, maszynistką, kierownikiem hali maszyn.

W tym samym czasie państwo Krajewscy doczekali się dzieci – synów Darka i Ryszarda.

W 1965 r. wróciła do drogówki, ale nie na skrzyżowanie, a do dochodzeniówki. W 1968 roku otrzymała stopień podporucznika. Kiedy w stopniu kapitana odchodziła ze służby w 1973 roku, w stołecznej prasie ukazał się artykuł „Lodzia opuszcza szeregi MO”. Zorganizowano jej uroczyste pożegnanie w Białej Sali w KSP. Józef Cyrankiewicz przysłał 30 róż i własnoręcznie podpisane życzenia. Były premier pamiętał, jak w 1948 r. razem tańczyli w pierwszej parze na sylwestrowym balu przodowników, którego Lodzia była honorowym gościem.

Do dziś pamiętają o niej zarówno byli, jak i obecni funkcjonariusze stołecznej drogówki. Mieszka na warszawskim Żoliborzu pod opieką syna Darka. Wciąż pełna sił witalnych, choć 15 lat temu pochowała męża, a teraz ma kłopoty ze zdrowiem. Przede wszystkim z chodzeniem, a mieszkanie znajduje się na trzecim piętrze w bloku bez windy. Przydałaby się operacja biodra, choć mogłaby być ryzykowna ze względu na inne schorzenia. Główny problem jednak stanowi 2-letni termin oczekiwania, jaki wyznaczył jej bielański szpital, a na prywatne leczenie jej nie stać.

12 stycznia 2014 roku Leokadia Krajewska skończyła 86 lat.

PRZEMYSŁAW KACAK
zdj. Andrzej Mitura

A
A+
A++
Wstecz
Drukuj
PDF
Powiadom znajomego
Ocena: 0/5 (0)