Mistrz z bratniej służby

Gdy Zbigniew Bródka, strażak z jednostki PSP w Łowiczu, w Soczi zdobył złoto, Bartłomiej Sienkiewicz, minister spraw wewnętrznych, zadzwonił z gratulacjami. – Panie Zbyszku, duma rozpiera wszystkie służby MSW – powiedział. A potem, wraz ze strażakami, witał go w Warszawie.

  • Najszybszy stażak na świecie
    Najszybszy stażak na świecie
  • Zbigniew Bródka ze strażakami z jednostki
    Zbigniew Bródka ze strażakami z jednostki

Łyżwiarz szybki z Domaniewic, w powiecie łowickim, zwyciężył na torze długim na dystansie 1500 m. Polski panczenista w walce o złoty krążek pokonał o 0,003 sekundy Koena Verweija, zawodnika z Holandii, który był faworytem tych zawodów.

– Cieszę się z jego sukcesu, bo pracuje w bratniej służbie, która też niesie pomoc ludziom – mówi sierż. sztab. Jarosław Stępniewski, policjant pełniący służbę na terenie gminy Domaniewice, w której mieszka Zbigniew Bródka. – Jestem zadowolony, że są wśród mundurowych sportowcy, którzy osiągają takie sukcesy.

Najszybszy strażak na świecie przywiózł z olimpiady w Rosji także medal brązowy. Zdobył go w biegu drużynowym, w którym startował wspólnie z Konradem Niedźwiedzkim i Janem Szymańskim. Polscy panczeniści po emocjonującej rywalizacji pokonali Kanadyjczyków.

POCZĄTKI

Zbigniew Bródka urodził się 8 października 1984 r. w Głownie. Dorastał w Domaniewicach. Chodził do miejscowej szkoły podstawowej, gdzie WF uczył Mieczysław Szymajda, który każdej zimy na szkolnym boisku organizował dla uczniów lodowisko.

– Zbyszka, gdy miał 9 lat, na lodowisko przyprowadził tata. Jazdę na łyżwach polubił na tyle, że po lekcjach śmigał na nich po kilka godzin dziennie – wspomina nauczyciel.

Zanim Zbyszek zaczął uprawiać short‑track, czyli łyżwiarstwo szybkie na torze krótkim, trenował lekkoatletykę pod okiem Mieczysława Szymajdy. Startował w biegach krótkich i długich.

– Jak miałem 12 lat, przebiegłem półmaraton, a 10 km pokonałem w 44 minuty – wspomina Zbigniew Bródka, który po powrocie z Soczi znalazł czas dla dziennikarzy resortowych pism: „Przeglądu Pożarniczego” i „Policji 997”.

Treningi lekkoatletyczne zapewniały mu doskonałe przygotowanie ogólnorozwojowe, a biegi długodystansowe wytrzymałość ogólną.

SHORT‑TRACK

Był rok 1996. Mieczysław Szymajda założył w Domaniewicach Uczniowski Klub Sportowy „Błyskawica”, w którym działały dwie sekcje: lekkoatletyczna i short‑tracku. Dwunastolatek rozpoczął treningi w tej drugiej, bo fascynowała go szybka jazda na łyżwach.

– Mieliśmy tylko kilka par łyżew, a na zawody jeździło około 30 zawodników – opowiada Zbigniew. – Musieliśmy się nimi wymieniać.

Nauczyciel wspomina, że małego Zbyszka trudności sprzętowe nie zniechęcały do treningów i już wtedy było widać u niego cechy wybitnego sportowca.

– Był uparty w dążeniu do celu – wspomina pierwszy szkoleniowiec olimpijskiego mistrza. – Lubił wygrywać. Nikomu nie odpuszczał, nawet na treningach.

Gdy wracał z nich do domu, z kolanami fioletowymi od upadków na lodzie, jego mama mówiła, żeby odpuścił sobie ten sport: „Na stare lata nie będziesz mógł chodzić” – przestrzegała.

– Mama obawiała się o moje zdrowie. Tak jest do dzisiaj – mówi Zbigniew Bródka.

Naukę kontynuował w Zgierzu, gdzie uczył się w szkole o profilu mechanicznym. W klasie maturalnej przeniósł się do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Białymstoku.

– Rozpocząłem profesjonalne treningi, które pozwoliły mi zdobyć w short‑tracku tytuł mistrza Polski seniorów w wieloboju, gdzie ściga się na 500 m, 1000 m, 1500 m oraz 3 km – mówi.

Po maturze poszedł na studia do Opola, gdzie rozpoczął naukę na dwóch kierunkach: wychowanie fizyczne i fizjoterapia. Tam reprezentował barwy AZS Politechnika Opole. W 2005 roku odniósł największy sukces w short‑tracku. Na mistrzostwach Europy w Turynie zajął 8. miejsce na 1500 m. W następnym roku był jednym z kandydatów do wyjazdu na XX Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Turynie, ale na ostatnim zgrupowaniu kadry narodowej przed olimpiadą doznał urazu.

– Był zrozpaczony, bo wykonał dużo pracy, a tu nagle ze wszystkiego nici. Tak bardzo chciał wystartować w Turynie, ale kontuzja pokrzyżowała mu plany – wraca pamięcią do tamtych chwil Mieczysław Szymajda.

Łyżwiarz z Domaniewic wrócił do ścigania w marcu 2006 r. W pierwszym starcie wygrał mistrzostwa Polski w wieloboju. W następnym roku ponownie był najlepszy. W short‑tracku jeździł do 2008 r.

TOR DŁUGI

Postanowił, że zrezygnuje z łyżwiarstwa szybkiego na torze krótkim, bo w tej konkurencji nękają go urazy. Zaczął ścigać się na torze długim, gdzie jazda jest bezpieczniejsza. Reprezentował barwy UKS „Błyskawica” Domaniewice. Został powołany do kadry narodowej. W 2010 r. pojechał na Igrzyska Olimpijskie w Vancouver. Wystartował w biegu na 1500 m, gdzie zajął 27. miejsce, z wynikiem 1:49,45.

– Cieszę się z tamtego startu na igrzyskach, bo mogłem się oswoić z wielką imprezą sportową – mówi dziś łyżwiarz.

– Na tamtych zawodach zjadła go trema, ale zdobył doświadczenie – uważa Mieczysław Szymajda.

W sezonie 2009/2010 wystartował w 4 z 6 edycji Pucharu Świata na dystansie 1500 m. W klasyfikacji generalnej znalazł się na 34. miejscu. W sezonie 2012/2013 był najlepszy. Po sześciu startach, gdzie m.in. raz wygrał i dwukrotnie był drugi, zgromadził 460 punktów.

– Nastąpił w mojej karierze przełom. Uwierzyłem, że na 1500 m mogę wygrywać z najlepszymi zawodnikami globu, którzy do tej pory byli poza moim zasięgiem – mówi panczenista.

W 2013 r. w Soczi odbyły się mistrzostwa świata. Zbigniew Bródka zajął 6. miejsce na 1500 m, a następnego dnia na 1000 m był 5. W wyścigu drużynowym, w którym jechał z Janem Szymańskim i Konradem Niedźwiedzkim, zdobył medal brązowy.

– Ten sukces dawał nadzieję, że na olimpiadzie w Soczi zdobędzie jakiś krążek – uważa Szymajda.

Zbigniew Bródka mówi, że forma była wtedy doskonała, ale martwił się, czy ją utrzyma do następnego roku. Dziś już wiadomo, że obawy były zbyteczne. Dyspozycja na igrzyska była wyśmienita.

IGRZYSKA OLIMPIJSKIE 2014

Gdy wyjeżdżał na olimpiadę, był przez ekspertów uważany za jednego z faworytów do zdobycia medalu. Podobnie uważali jego koledzy z jednostki PSP w Łowiczu.

– Przed wyjazdem opowiadał nam, że chciałby pojechać w parze na 1500 m z Amerykaninem, który nazywa się Shani Davis, bo to jego idol, a zarazem bardzo dobry zawodnik – opowiada starszy ogniomistrz Jacek Moruzgała z jednostki PSP w Łowiczu.

Marzenie łyżwiarza z Domaniewic się spełniło. Wylosował reprezentanta USA. Na początku wyścigu Shani Davis narzucił wysokie tempo. Polak je wytrzymał, a później w pięknym stylu wyprzedził Amerykanina.

– Wiedziałem, że jeżeli z nim wygram, to będę miał bardzo dobry czas, który zapewni medal – wspomina mistrz olimpijski.

Po Zbigniewie Bródce startował m.in. Holender Koen Verweij, który był faworytem do zdobycia złotego krążka, ale – jak się okazało – przegrał z naszym zawodnikiem o 0,003 s. Strażak z Łowicza został pierwszym polskim panczenistą, który zdobył złoty medal olimpijski.

– Emocje były wielkie – przyznaje mistrz. – Koen Verweij nie mógł się pogodzić z porażką, bo on jest nastawiony tylko na wygrywanie. W Holandii, gdzie łyżwiarstwo szybkie jest sportem narodowym, drugie miejsce zostało uznane za porażkę.

Z sukcesu polskiego łyżwiarza radowali się wszyscy w Polsce, ale przede wszystkim mieszkańcy powiatu łowickiego, a już szczególnie mundurowi: strażacy i policjanci.

– Bardzo się cieszę, że Zbyszek zdobył złoty medal. Radość jest tym większa, bo mieszkamy w tej samej miejscowości – mówi asp. Urszula Szymczak z KPP w Łowiczu, mieszkanka Domaniewic.

Młodszy aspirant Witold Wiechno, zastępca dowódcy zmiany I, na której służbę pełni mistrz olimpijski, mówi, że strażacy są dumni ze swojego kolegi.

– Cieszymy się, że chłopak pokazał, na co go stać. Wszyscy mu kibicowaliśmy, a gdy wygrał, to wielu z nas płakało ze szczęścia – stwierdza.

Z sukcesu łyżwiarza są zadowoleni przede wszystkim mieszkańcy jego rodzinnej miejscowości.

– Mieszkańcy Domaniewic są bardzo szczęśliwi i dumni, że mają złotego medalistę igrzysk olimpijskich, który wypromował gminę i powiat łowicki – mówi sierż. sztab. Jarosław Stępniewski, policjant, który pełni tam służbę.

Mistrz olimpijski swoją wysoką dyspozycję potwierdził także w wyścigu drużynowym, w którym wspólnie z Konradem Niedźwiedzkim i Janem Szymańskim wywalczyli krążek brązowy. Polacy po emocjonującym biegu pokonali zawodników z Kanady.

STRAŻAK

Zbigniew Bródka został przyjęty do Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Łowiczu 3 marca 2010 roku na stanowisko stażysty. Brał udział w blisko 200 akcjach ratowniczo‑gaśniczych. Obecnie pełni służbę w Jednostce Ratowniczo‑Gaśniczej PSP w Łowiczu, w stopniu sekcyjnego. Od strażaków można usłyszeć na jego temat wiele ciepłych słów.

– Jest młodym strażakiem i nie ma dużego doświadczenia, ale bardzo przykłada się do tego, co robi, i jest sumienny – mówi starszy ogniomistrz Jacek Moruzgała, który cieszy się, że pracuje z pierwszym polskim mistrzem olimpijskim w łyżwiarstwie szybkim.

Aspirant sztabowy Krzysztof Niewiadomski, dowódca zmiany I, ocenia, że Zbigniew Bródka jako strażak radzi sobie doskonale. Jego zdaniem jest to funkcjonariusz opanowany, na którym można polegać.

– Zbyszek to wzorowy strażak i sportowiec – mówi młodszy aspirant Witold Wiechno. – Bywało, że wychodził po służbie, wsiadał w samochód i jechał do Berlina na trening. Nie skręcał nawet do domu. Poświęcał się treningom kosztem rodziny – dodaje.

Młodszy ogniomistrz Maciej Szkop o swoim koledze mówi w superlatywach. Podkreśla, że jest zawsze uśmiechnięty i życzliwy. Opowiada, że Zbyszek przyjechał kiedyś z domu do pracy na łyżworolkach, a mieszka 17 kilometrów od jednostki.

Sukces sportowy Zbigniewa Bródki był możliwy również dzięki przychylności kierownictwa PSP i jego kolegów z jednostki, którzy dostosowywali grafik służb do jego potrzeb.

– Dzięki nim mogłem pogodzić obowiązki służbowe z uprawianiem sportu. Ci wspaniali ludzie rozumieli, że mogę powalczyć o olimpijski medal i zapewnili mi pomoc. Wszystkim za to dziękuję – mówi Zbigniew Bródka.

Mistrz olimpijski zapewnił Bartłomieja Sienkiewicza, szefa MSW, któremu podlega Państwowa Straż Pożarna, że nie zrezygnuje ze służby w tej formacji. Ma nadzieję, że trzy medale olimpijskie polskich panczenistów – jego złoty na 1500 m, brązowy dla drużyny męskiej i srebrny dla drużyny kobiecej – uzasadniają potrzebę zbudowania krytej hali. Bo ile można jeździć do Berlina?

ARTUR KOWALCZYK
zdj. Andrzej Mitura


Brygadier Jacek Szeligowski, komendant powiatowy PSP w Łowiczu:

– Służbę na stanowisku komendanta powiatowego PSP w Łowiczu rozpocząłem 28 lutego 2012 r., ale Zbyszka znałem już wcześniej. Miałem przyjemność spotkać się z nim, gdy pełniłem służbę w komendzie wojewódzkiej. Ustalaliśmy harmonogram jego służby, żeby mógł wystartować w Pucharze Świata w sezonie 2011/2012. Już wtedy widziałem, że trzeba stworzyć mu odpowiednie warunki do treningu.

Przed olimpiadą odwiozłem go na lotnisko. Życzyłem mu sukcesów. Jego koledzy z jednostki stworzyli w naszej komendzie strefę kibica. Gdy startował na 1500 metrów, sala pękała w szwach. Po jego starcie radość była ogromna, bo zrobił bardzo dobry czas. Z każdym kolejnym biegiem jego rywali emocje narastały jeszcze bardziej. Punkt kulminacyjny nastąpił, gdy zobaczyliśmy czas Holendra, faworyta tych zawodów. Wiedzieliśmy, że Zbyszek zdobył złoty medal. Euforia była niesamowita. Chłopaki podrzucili ze szczęścia jego pierwszego trenera Mieczysława Szymajdę.

A
A+
A++
Wstecz
Drukuj
PDF
Powiadom znajomego
Ocena: 0/5 (0)