Czuję, że pomagam

Z mieszkania na parterze dochodziło przeraźliwe wołanie o pomoc. Firanka była zerwana, okno zakrwawione. W środku widać było, jak mężczyzna zadaje ciosy ofierze. Musieli działać błyskawicznie.

– Nikt nam nie otwierał, drzwi były zamknięte, wyważyliśmy je bez wahania – mówi st. post. Witold Lesiak.

Był ranek, pierwsza sobota lutego, gdy dostali od dyżurnego zgłoszenie, że z jednego z mieszkań przy ul. Powstańców Śląskich w Żorach dochodzą krzyki i wołanie o pomoc. Podobno mężczyzna miał dusić kobietę.

Akurat byli obok, więc dwie minuty później znaleźli się przed blokiem. Ludzie krzyczeli do nich z balkonów, która to klatka. Pod oknem stała grupka gapiów. Jedno spojrzenie wystarczyło, żeby ocenić sytuację. Przeraźliwy krzyk, krew na szybie, mężczyzna uderzający jakimś przedmiotem drugą osobę. Każda sekunda była na wagę złota. Ponieważ nikt im nie otwierał, wyważyli drzwi. Wpadły do środka, a oni wbiegli do pokoju.

W KAŁUŻACH KRWI

St. post. Witold Lesiak i post. Ewelina Grabowska pracowali ze sobą od pół roku. On w służbie od maja 2012 roku, ona pięć miesięcy krócej. Dogadywali się, rozumieli, w czasie interwencji mogli na sobie polegać.

– Jestem bardzo zadowolona, że trafiłam na Witka i mogę z nim współpracować. Uzupełniamy się. Jesteśmy partnerami – mówi Ewelina.

– Ewelina jest bardzo dobrą policjantką. Zaangażowana, nie boi się, pomaga – dodaje Witold.

Kiedy wbiegli do pokoju, zobaczyli mężczyznę, który zamierzał się na leżącą na podłodze kobietę. W rękach trzymał drewniany kwietnik. Nie zareagował na polecenia policjantów. Był w amoku. Cały we krwi. Na koszuli nie było nawet małego jasnego fragmentu materiału. Tylko brunatna czerwień. Jak u rzeźnika, wspominają policjanci. A wokół kałuże krwi.

– Widok był szokujący, ale nie mieliśmy chwili do stracenia – mówi Witold Lesiak. – Obezwładniliśmy pana, położyliśmy na boku i zajęliśmy się kobietą.

– Była cała zakrwawiona, na całym ciele miała rany tłuczone i cięte. Zanim przyjechało pogotowie, zużyliśmy wszystkie opatrunki, jakie mieliśmy – mówi Ewelina Grabowska.

Kobieta była w szoku. Jedyne, co powtarzała, to, że dziękuje. Że nie spodziewała się. Że dobrze, że tak szybko przyjechali.

BYĆ NA CZAS

Policjanci wstępnie ustalili, że zanim mężczyzna chwycił kwietnik, próbował zadawać kobiecie ciosy nożem. Po kilku uderzeniach ofiara złapała za ostrze i wyrzuciła nóż za okno. Wtedy napastnik chwycił za młotek. Na końcu był kwietnik.

– Gdy wchodzimy na interwencję, nigdy nie wiemy, co się dokładnie dzieje, ile osób jest w środku – mówi post. Ewelina Grabowska.

– Każda interwencja jest inna – dodaje st. post. Witold Lesiak. – W tym przypadku okazało się, że mamy do czynienia z małżeństwem. Oboje mieli po 72-lata. Pan był bardzo agresywny, twierdził, że diabeł kazał mu tak postępować. Strach pomyśleć, co by się stało, gdybyśmy przyjechali chwilę później.

Ostatecznie mężczyzna po zatrzymaniu został odwieziony do szpitala psychiatrycznego na obserwację. Kobietę zabrało pogotowie. Dziś jest bezpieczna, ale jej mąż nie odpowie przed sądem. Biegli psychiatrzy uznali, że w trakcie zdarzenia był niepoczytalny.

SZARPANINA

To nie była ich pierwsza tego typu interwencja. Cztery miesiące wcześniej zostali wezwani do mężczyzny, który pod wpływem środków odurzających i alkoholu próbował podcinać sobie żyły.

– Wezwało nas pogotowie, potrzebowali wsparcia – mówi Ewelina Grabowska.

– Mężczyzna był bardzo agresywny, rzucił się na ratowników, jednemu rozdarł ubranie – dodaje Witold Lesiak. – Gdy weszliśmy do jego domu, zobaczyliśmy pokój cały we krwi.

Oboje pamiętają tamtą interwencję bardzo dobrze. Trochę trwało, zanim udało im się opanować sytuację. Pierwszy do pokoju wszedł st. post. Lesiak. Mężczyzna od razu na niego napadł. Doszło do szarpaniny.

– Nie było łatwo. Wszędzie pełno krwi, ślizgaliśmy się w niej, krew leciała z jego nadgarstków, bo poprzecinał sobie skórę – opowiada policjant, który po tym zdarzeniu musiał wymienić mundur.

– Po krótkiej walce udało się go wreszcie obezwładnić tak, żeby pogotowie mogło mu udzielić pomocy – dodaje policjantka, której ta interwencja szczególnie zapadła w pamięć. Mężczyzna uspokoił się dopiero, gdy w szpitalu dostał zastrzyk.

SŁUŻBA I MISJA

– Codziennie mamy mnóstwo interwencji, najczęściej domowych – mówi Ewelina Grabowska.

– Występujemy wtedy w roli mediatora, pouczamy – dodaje Witold Lesiak.

– Ale w takich sytuacjach, jak te dwie, jadąc na takie interwencje, człowiek czuje, że naprawdę pomaga – mówią oboje. – Coś dla kogoś robimy, ratujemy życie. Tak realnie, namacalnie.

Swojej pracy nie zamieniliby na inną. Dla st. post. Witolda Lesiaka to było marzenie z dzieciństwa. Był wcześniej w żandarmerii wojskowej, potem wyjechał na chwilę za granicę, pracował w ochronie i wreszcie postanowił swoje marzenie spełnić. Ewelina pracowała wcześniej 4 lata w pomocy społecznej. Dużo współpracowała z Policją. Któregoś dnia pomyślała: a może by tak spróbować? Zdała egzaminy i jest zadowolona z pracy. Bo wciąż może pomagać. 

Anna Krawczyńska

A
A+
A++
Wstecz
Drukuj
PDF
Powiadom znajomego
Ocena: 0/5 (0)