Od pychówki do ślizgowca

Na zachowanym zdjęciu z lat 20. ubiegłego wieku czternastu umundurowanych policjantów w pełnym rynsztunku uśmiecha się do obiektywu. Jeden z funkcjonariuszy trzyma w ręku koło ratunkowe, na którym można odczytać napis: Komisariat Wodny P. P. M. ST. W–WY.

Policjanci stoją na drewnianym pomoście, przy którym na przycumowanej do niego pychówce usiadło pięciu starszych przodowników i jeden posterunkowy. W tle nieistniejący już most Kierbedzia oraz mglisty zarys zabudowy Powiśla.

PO CO WODNIAKOWI SZABLA?

W swoich „wyjściowych” mundurach (wzór 1920) wyglądają, jakby trafili na jakiś piknik albo byli na wycieczce. Ale kto wybiera się na wycieczkę z szablą u boku i pistoletem w kaburze?

– Mundury są jak najbardziej prawidłowe – mówi kom. Krzysztof Musielak, były komendant komisariatu w Krościenku nad Dunajcem, ekspert w dziedzinie policyjnej historii i kolekcjoner pamiątek z nią związanych. – Są zgodne z Rozporządzeniem Ministra Spraw Wewnętrznych z 2 marca 1920 r. w przedmiocie umundurowa-nia i uzbrojenia Policji Państwowej. Cała Policja Państwowa tak się wówczas ubierała, więc i wodniacy też. Bez względu na pogodę. Przy 30-stopniowym upale, gdy pot zalewał im oczy, z pewnością nie czuli się komfortowo. Dlatego od połowy lat 20. funkcjonariusze policji wodnej zaczęli używać luźnych bluz, wzorowanych na marynarskim umundurowaniu.

Warunki pracy naszym wodniakom poprawiły się zdecydowanie dopiero w 1931 r., po wejściu w życie – podpisanego przez ministrów: spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego i spraw wojskowych gen. dyw. Kazimierza Fabrycy’ego – rozporządzenia w sprawie letniego umundurowania szeregowych PP, pełniących służbę na drogach wodnych. Zarządzono w nim mundur drelichowy (płócienny) koloru khaki, składający się z bluzy kroju koszulkowego, z przodu z rozcięciem od kołnierza do wysokości pasa oraz długich spodni, u dołu szerokich na 24–28 cm, z rozporkami po bokach, zapinanymi w pasie na dwa, a w połowie wysokości kieszeni na jeden guzik. Górna część spodni obszyta była taśmą o szerokości 4½ cm, stanowiącą kryty pasek, zapinany na dwa guziki. Górny guzik paska służył do podtrzymania przodu spodni, do którego przyszyte były dwie kieszenie boczne. Na rękawach bluzy wyhaftowano marynarskie kotwice, jednak bez żadnego policyjnego akcentu.

Wodniacki uniform sprawiał wrażenie roboczego kombinezonu, ale był znacznie bardziej funkcjonalny niż mundur policjanta prewencji. Całość uzupełniała okrągła czapka fasonu angielskiego z długim okutym daszkiem skórzanym z ciemnogranatowego sukna, przykryta białym pokrowcem oraz trzewiki skórzane, czarne, sznurowane, na skórzanej podeszwie.

POLICYJNA FLOTYLLA

W tej dziedzinie również nie należeliśmy do światowych potęg. Początkowo pływający tabor policyjny opierał się na zwykłych pychówkach, czyli płaskodennych łodziach wiosłowych (inaczej zwanych krypami). Miały od 4 do 8 metrów długości, wykonane były z drewna, a prędkość ich poruszania zależała od mocy mięśni zwykle dwuosobowej załogi, dzierżącej w dłoniach długie wiosła-żerdzie, którymi odpychano się od dna rzeki. Łodzie te dobrze służyły wędkarzom i rybakom, policjantom… bardziej do transportowania topielców niż ratowania ludzi. Tylko nieliczne z nich – z racji mizerii finansowej policji – miały doczepiane silniki zarufowe o mocy 6–10 HP i mogły względnie szybko przemieszczać się po akwenach.

Utworzony w kwietniu 1920 r. Komisariat Wodny PP w Warszawie, największy wówczas w kraju, dysponował zaledwie czterema łodziami motorowymi i kilkoma pychówkami. W innych jednostkach wodnych było równie ubogo.

W czerwcu 1925 r. doszło nawet na tym tle w Warszawie do niecodziennego wydarzenia. Zdeterminowane niedostateczną ilością podstawowego sprzętu pływającego w podległej jednostce kierownictwo stołecznej komendy PP, wraz z jej komendantem insp. Edmundem Czyniowskim, zwróciło się do magistratu z apelem o wyasygnowanie kwoty 15 tys. zł na zakup niezbędnych środków technicznych dla swojego oddziału rzecznego. W uzasadnieniu napisano, że służba tego oddziału, wymagająca wielkiej czujności i sprawności w okresie kąpieli letnich, jest nader utrudniona wobec braku koniecznych środków technicznych, jak dostatecznej ilości łodzi (motorowych), lin, pasów ratunkowych itp. Brak odpowiednich kredytów rządowych uniemożliwia Komendzie PP uzupełnienie tych braków (…), ale (…) w interesie mieszkańców stolicy leży, aby magistrat wyasygnował (…) konieczną kwotę, co niewątpliwie umożliwi oddziałowi rzecznemu skuteczniejszą akcję ratowniczą i prewencyjną.

Kto wie, jaki byłby los tego wystąpienia, gdyby stołecznej policji nie wspomogły w tej akcji lokalne gazety, nie szczędząc jej słów uznania za pełną poświęcenia służbę na Wiśle. Przypomniano, że policja wodna broni życia i mienia ludności w czasie powodzi, odpowiada za bezpieczne urządzanie promów i spieszy z ratunkiem w razie nieszczęśliwego wypadku. Walczy też z barbarzyńskim szkodnictwem, jakim jest kłusownictwo wodne. To medialne wsparcie okazało się skuteczne, bo miesiąc później na Wiśle pojawiły się dwie nowe policyjne motorówki.

ŚLIZGOWCE ZA DROGIE

Jednak prawdziwym przełomem w pracy policyjnych wodniaków było przekazanie im do użytkowania bardzo szybkich łodzi motorowych, tzw. slizgowców, które potrafiły osiągać prędkość do 60–70 km/h. Do akcji ratunkowych były wręcz wymarzone.

Produkowała je stocznia Państwowych Zakładów Inżynierii w Modlinie koło Warszawy. Wyposażone były w silnik benzynowy o mocy 20 HP i gwarantowały całkowite bezpieczeństwo tak przy bardzo silnych falach, jak i przy nagłych zakrętach – pisał tygodnik „Na Posterunku”, powołując się na opinię dyrektora stoczni, komandora inż. Sokołowskiego. Z informacji, które przekazał policyjnej prasie, wynikało, że łódź ta zbudowana była z jodły kanadyjskiej i kilkakrotnie pokostowana na gorąco. Poszczególne deseczki sklejone były tzw. klejem lotniczym i przymocowane do szkieletu za pomocą mosiężnych nitów i takich samych śrub (…).

Mieściły się w niej trzy osoby. Koszt samej łodzi był niewielki, za to cena silnika dla MSW – zaporowa, około 3500 zł. A za taką sumę można już było kupić o wiele bardziej potrzebny policji samochód, wzbogacając tym samym skromniutką bazę transportową PP. Stąd też do wybuchu wojny pływały tylko trzy takie policyjne jednostki: dwie w Warszawie i jedna w Krakowie.

Mimo braku tak nowoczesnego sprzętu policyjni wodniacy dobrze wywiązywali się ze swoich zadań. I choć ruch na Wiśle był wówczas znacznie większy niż obecnie, a plaże i kąpieliska nigdy nie świeciły pustkami, ofiarnie czuwali nad bezpieczeństwem żeglugi, pilnowali porządku w portach i na przystaniach, ścigali przemytników, zwalczali kłusownictwo wodne, a w sezonie letnim strzegli bezpieczeństwa wypoczywających nad rzeką.

POSTERUNKI I PATROLE

Mimo że funkcjonariusze policji wodnej dosyć często sięgali po mandaty na niesfornych pływaków i kłusujących wędkarzy, przeglądając roczniki stołecznych gazet z międzywojnia, natrafimy zwykle na informacje przedstawiające wodniaków w pozytywnym świetle: bohatersko ratujących ludzi przed utonięciem, udzielających pierwszej pomocy nieprzytomnym ofiarom własnej lekkomyślności czy niedoświadczonym żeglarzom.

Prawdopodobnie to właśnie ten samarytański charakter ich służby stworzył wokół nich opinię „ludzi z sercem”, niosących pomoc w każdej sytuacji. Dzienniki skrzętnie odnotowywały wszystkie wypadki nad wodą i policyjną pomoc ich ofiarom. Na przykład w 1934 roku, przy niezbyt upalnym lecie, utonęło w Warszawie 25 osób. Od niechybnej śmierci funkcjonariusze Komisariatu Wodnego PP uratowali 111 tonących. W latach poprzednich ofiar utonięć było jeszcze więcej. Aby przeciwdziałać takim tragediom, kierownictwo komisariatu wprowadziło w 1928 roku nowy system służb, oparty na codziennych patrolach po Wiśle oraz pięciu stałych posterunkach obserwacyjnych, wystawianych na łodziach: przy mostach Poniatowskiego i Kierbedzia, w Porcie Czerniakowskim, naprzeciw plaży i kąpieliska oraz przy moście kolejowym. Dzięki dyżurującym tam policjantom pomoc była natychmiastowa.

Wisła przyciągała jednak nie tylko amatorów kąpieli, ale również desperatów, którzy skokiem z mostu decydowali się na rozstanie z tym światem. Każdego roku odnotowywano po kilkanaście takich samobójczych prób. W 1934 r. było ich 19, ale tylko dwie zakończyły się śmiercią. W pozostałych przypadkach policyjni wodniacy zdążyli z ratunkiem na czas. Za takie właśnie działania ośmiu z nich otrzymało Krzyż Zasługi za Dzielność.

JERZY PACIORKOWSKI
zdj. NAC, „Na Posterunku”

A
A+
A++
Wstecz
Drukuj
PDF
Powiadom znajomego
Ocena: 0/5 (0)