Jest taka pani policjantka... (nr 57 12.2009)

Już pół roku Mirela Malecka i jej dzieci mają dom, w którym nikt nie krzyczy, nie pogania, nie terroryzuje. Mogą wreszcie swobodnie oddychać. I nikt nie każe im chodzić na paluszkach.

– Szczerze… Obawiałam się, czy da sobie radę… Sama z czwórką dzieci – mówi mł. asp. Edyta Klepczyńska z KPP w Gryficach. – Ale jest niesamowitą matką. Jak ona o dzieciach opowiada, jak wszystko dla nich robi. Kocha je nad życie.
– Dziś za nic w świecie nie pozwoliłabym im zrobić krzywdy. Ja bym się gryzła za dzieci. Przecież życie im dałam – dodaje Mirela Malecka i dziękuje policjantce. –To wszystko dzięki niej. Bez niej nie mielibyśmy tej wolności.

PIEKŁO

Pierwszy raz spotkały się w kwietniu tego roku, w niedzielę po świętach wielkanocnych. Mirela wpadła do komendy roztrzęsiona z błaganiem o pomoc. Edyta Klepczyńska, na co dzień oficer prasowy i koordynator procedury Niebieskiej Karty, pełniła służbę jako pomocnik dyżurnego. Pierwsze, na co zwróciła uwagę, to zabandażowana ręka kobiety.

– Niech mi pani pomoże – prosiła Mirela. – Niech mi pani pomoże odzyskać moje dzieci.

Wzięła ją do pokoju obok. Rozmawiały. Mirela starała się jak najszybciej i najbardziej dokładnie opowiedzieć, co się stało. Że mąż się nad nią znęcał, że się od niego wyprowadziła, nie miała się gdzie podziać, więc wróciła do Trzygłowia pod Gryficami, do domu rodzinnego, do matki.

Bałam się matki całe życie, mówiła Mirela. Matka stosowała przemoc. Wszystko jej było podporządkowane. Kolacja o 18.00 i ani minuty później. Mowy nie było, żeby potem, po kolacji, dzieci dostały chociaż kromkę chleba. Po kolacji do lodówki nie można było sięgać. Tak samo z prądem. Matka wyłączała światło i nikt nie ośmielił się jej sprzeciwić. Albo wynosiła telewizor, gdy dzieci oglądały film. Krzyczała też, że za dużo wody zużywają i że są darmozjadami. Dzieci bały się mówić na głos, szeptały między sobą na ucho. Dyktatura. Piekło. W święta Mirela nie wytrzymała. Podcięła sobie żyły.

OFIARA

Był poniedziałek wielkanocny, 13 kwietnia. Matka zawołała ją na podwórko. Piła piwo i kazała, żeby Mirela też sobie otworzyła. Przez chwilę siedziały razem, nawet się pośmiały. Potem przybiegł 11-letni syn Mireli i szepnął jej na ucho, żeby dała mu mięsa. Pieczonego, świątecznego mięsa. Nie, powiedziała, to dla gości. Bała się. Matka mogłaby się zdenerwować, a nie chciała kolejnej awantury. Zwłaszcza w święta. Gdy chwilę później matka podała jej kolejne piwo, a sama poszła do domu, czar prysł. Babci nie podobało się, że dzieci zamiast na podwórku siedzą przed telewizorem, więc go wyłączyła i wyniosła. Mirela słyszała ich płacz. Zapytała matkę, dlaczego to zrobiła. W odpowiedzi usłyszała stek wyzwisk.

– Coś we mnie pękło. Złapałam butelkę, rozbiłam i pociągnęłam po dłoni – mówi.

Dalej nie pamięta. Z opowieści brata i dzieci wie, że matka chwyciła kołek i zaczęła ją okładać po całym ciele. Do szpitala trafiła zakrwawiona i posiniaczona. Zamknięto ją na oddziale psychiatrycznym. Początkowo nikt nie wierzył, że jest ofiarą przemocy. Tym bardziej że matka i były mąż przekonywali lekarzy, że to ona jest groźna dla otoczenia.

ODZYSKAĆ DZIECI

Największy żal Mirela ma do matki o to, że zaraz po całym zajściu zadzwoniła do jej byłego męża i kazała mu zabierać bachory. 13-letniego Patryka, 11-letniego Mateusza i 7-letnią Natalkę, która w ogóle ojca nie znała. Nie będę karmiła cudzych dzieci, powiedziała. Z babcią została tylko 15-letnia Dominika, córka Mireli z pierwszego związku.

– Mamuś, ratuj ich – mówiła jej podczas odwiedzin w szpitalu. Mirela ubłagała lekarzy, żeby ją wypuścili. Musiała ratować dzieci.
Gdy następnej niedzieli jechała po dzieci do Prosinka, jakiś impuls kazał jej iść na policję.

– Bałam się, że były mąż mi ich nie odda. Przez telefon powiedział mi, że nie mam po co przyjeżdżać, że zapisał już dzieci do nowej szkoły – opowiada Mirela.

Edyta Klepczyńska była przejęta. Wiedziała, że ten koszmar musi się skończyć. Zanim zaczęła działać, musiała sprawdzić u lekarzy, czy nie ma żadnych przeciwwskazań, żeby dzieci były z matką. Zadzwoniła do szpitala. Trzeba jej pomóc, powiedział lekarz. Ona kocha te dzieci. Krzywda ją przerosła. W wyroku rozwodowym, który Mirela miała ze sobą, czarno na białym stało, że dzieci mają być przy matce. Policjantka zadzwoniła więc do dyżurnych w Czaplinku – pod nich podlega Prosinko, i poprosiła, żeby w razie potrzeby udzielili kobiecie asysty. Na wszelki wypadek dała też Mireli swój numer telefonu i numer do komendy wojewódzkiej.

OBIETNICA

– 100 km z siostrą jechałyśmy i dygotałyśmy z nerwów. Edyta dzwoniła do mnie i dodawała mi otuchy – opowiada Mirela. – Przyjechałam, na podwórku biba, wpadłam do mieszkania, a tam pisk i wrzask. Dzieci do mnie, Natalka płacze. Mamuś, ty żyjesz, zanosiła się od płaczu, a ja myślałam, że mi serce pęknie.

Były mąż nie chciał oddać jej dzieci. Pierwszy zadzwonił po policję. Krzyczał, że wariatka przyjechała po dzieci, ale oni nie kwapili się, żeby przyjechać. Po jego telefonie po policję zadzwoniła Mirela. Postraszyła, że jeśli nie przyjadą, zadzwoni do komendy wojewódzkiej. Przyjechali.

– I wtedy okazało się, że Mateusz nie chce jechać – mówi Mirela.

– Wolał zostać tam z ojcem, niż wracać do babci – mówi Edyta.

Ostatecznie to ona przekonała chłopca, żeby wrócił z mamą. Obiecała mu, że pomoże im znaleźć nowy dom, że nie zostawi ich samych, że nie ma się czego bać. Ale na pewno, proszę pani?, dopytywał chłopiec. Na pewno, obiecała Edyta. Tego samego dnia wieczorem przyjechała z drugim funkcjonariuszem do domu rodzinnego Mireli. Po drodze kupiła słodycze, soczki, wzięła gry planszowe i trzy miśki dla dzieci. Potem już była u nich codziennie. Na własne oczy przekonała się, że z matką Mireli nie można dojść do porozumienia. Impulsywna, krzycząca, awanturująca. Uderz mnie, uderz, przyjechałaś tu, by mnie bić – krzyczała do policjantki. Kilka dni później nie miała skrupułów, żeby zadzwonić do niej z informacją, że wyłącza Mireli prąd i wodę.

– To też jest przemoc – mówiła jej Edyta.

Wiedziała, że jedyne wyjście to znaleźć Mireli i jej dzieciom dom. W poszukiwania mieszkania zaangażowała lokalne media. Nie było łatwo. Po kilku tygodniach okazało się, że zwolnił się pokój nad restauracją, w której pracuje Mirela. Przeprowadziła się z dziećmi. Teraz to jest ich dom.

NA RATUNEK

– Nareszcie. Są szczęśliwi, spokojni. Mirela mówi, że mogą sobie spokojnie jeść, nikt nie krzyczy, nie pogania, nie zabrania robić kanapek – opowiada Edyta Klepczyńska. – I Mirelka też się zmieniła. Uwierzyła we własne siły, czuje się lepsza, bardziej wartościowa.
Zaprzyjaźniły się. Dzwonią do siebie, Edyta, jak tylko może, pomaga Mireli. Materialnie również: a to plecak dla dziecka do szkoły, a to buty na zimę, a to kurtkę.

– Pierwszy raz spotkałam takiego człowieka i takiego policjanta. Wcześniej, gdy mnie mąż bił i wzywałam policję, mówili tylko: pani z krwi gębę obmyje, a pan idzie, pogadamy. Na tym się kończyła interwencja. Nigdy męża nie zabrali, nigdy mi nie pomogli – mówi kobieta. – Ciężko dziś o taką osobę jak Edyta.

Wiedzą o tym inne kobiety, którym policjantka pomogła, wiedzą nauczycielki w szkole, a nawet dzieci. Jakiś czas temu Klepczyńska interweniowała w domu jednego z uczniów, który skarżył się, że tata bije mamę. Pojechała tam, zobaczyła przestraszoną żonę, malutkie dziecko w łóżeczku z sińcem na rączce i nie wytrzymała. Zrugała ojca i postraszyła konsekwencjami na tyle skutecznie, że się opanował. Po tym wszystkim chłopiec rozgłosił w szkole, że jest taka pani policjantka, która pomaga dzieciom. Zadziałało. Ostatnio jedna z dziewczynek w wypracowaniu napisała, że jej tata też bije mamę i ona też by chciała, żeby jej ta policjantka pomogła. Klepczyńska oczywiście pomogła.

Anna Krawczyńska

Policjant, który mi pomógł
Jeżeli znacie Państwo policjanta, którego postawa w obronie ofiar przemocy domowej jest godna wyróżnienia, prześlijcie formularz zgłoszeniowy kandydata pod adres Ogólnopolskiego Pogotowia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie „Niebieska Linia” Instytutu Psychologii Zdrowia, ul. Korotyńskiego 13, 02-121 Warszawa lub e-mailem pogotowie@niebieskalinia.pl. Na zgłoszenia czekamy cały rok!

III finał konkursu „Policjant, który mi pomógł” jesienią 2010 roku.

A
A+
A++
Wstecz
Drukuj
PDF
Powiadom znajomego
Ocena: 0/5 (0)