Wola to Legia (marzec 2012)

Podkom. Tomasz Skrzos od ponad roku pracuje w Głównym Sztabie Policji KGP. Bezpośrednio zajmuje się przygotowaniami Policji do Euro 2012. Robi to, co lubi. Bo piłka i wszystko, co z nią związane, to jego pasja.

  • Na meczu Polska–Austria (3:2) na Stadionie Śląskim w Chorzowie 3 września 2005 r.
    Na meczu Polska–Austria (3:2) na Stadionie Śląskim w Chorzowie 3 września 2005 r.

W Policji służy od 18 lat. Kibicem Legii jest „od zawsze”. Dlaczego właśnie ten klub? – To trudno wyjaśnić – uśmiecha się policyjny kibic. – Jestem z Warszawy, a do tego z Woli, to naturalne.

PRZED GWIZDKIEM

Hasło wolskich legionistów dumnie góruje nad monitorem komputera Tomasza Skrzosa, na którym oglądamy zdjęcia z meczów.
– Mój pierwszy raz na stadionie to było spotkanie Legia – Ruch Chorzów w Warszawie – wspomina policjant. – Poszedłem z kolegą ojca z pracy. Tata lubił piłkę, ale wolał oglądać mecze w telewizji. Pamiętam, że wygraliśmy 2:0. Pierwszą bramkę widziałem, drugiej już nie, bo padła w końcówce spotkania, a my zaczęliśmy już wychodzić ze stadionu. Wtedy w latach 80. nie było powtórek na telebimach i tej akcji nie mogłem już zobaczyć. To był pierwszy i ostatni raz, gdy wyszedłem z meczu przed końcowym gwizdkiem sędziego.

Potem były już samodzielne wyprawy na mecze.

– Całe podwórko, cała podstawówka żyła piłką, młodsi przejmowali zamiłowanie do klubu od starszych – mówi podkom. Skrzos. – Sami też graliśmy, wszędzie gdzie się dało: na lekcjach WF, na zajęciach SKS, na podwórku.
Tomek Skrzos na tyle dobrze sobie radził z dryblowaniem, że trafił na treningi do ukochanej Legii. Miał też epizod z ćwiczeniami piłkarskimi na Polonii.

– W końcu jednak mama powiedziała: albo nauka, albo piłka, z naciskiem na nauka i treningi się skończyły – kiwa głową policjant. – Wystarczyło nie pójść raz czy drugi na zajęcia i wyleciałem z klubu. Miłość do Legii jednak pozostała.

Z OJCA NA SYNA

Teraz w ślady Tomasza idzie jego dziewięcioletni syn Grzegorz. Najpierw trenował w Unii Warszawa na Bemowie, a od czerwca ubiegłego roku… na Legii.

– I radzi sobie na razie bardzo dobrze – cieszy się ojciec. – Dzieciaki mają świetnego trenera. Ćwiczą dwa razy w tygodniu. W weekendy odbywają spotkania ligowe albo sparingowe. Mają karnety na Legię, więc razem chodzimy na mecze.

Bywa, że na mecze rodzina Skrzosów chadza w komplecie. Trzynastoletnia córka Paulina trenuje siatkówkę w MOS na Woli, więc rozumie pasje sportowe męskiej części familii. Żona Anna, choć zapalonym kibicem nie jest, to kilka meczów na żywo już zaliczyła, w tym spotkanie Polska – Finlandia w Helsinkach. Co tu dużo mówić – w 2006 roku Skrzosowie spędzili Dzień Dziecka w Chorzowie – był Park Rozrywki, ale był i mecz Polska – Ekwador.

NIE JESTEM RADYKAŁEM

– Legia to mój klub – mówi z dumą Tomasz Skrzos. – Jedyny taki w Polsce. Zawsze jestem za Legią i z Legią. Na dobre i na złe. Ale jestem też kibicem piłkarskim. „Za małolata” było może trochę inaczej, ale teraz radykałem już nie jestem. Chodziło się na „żyletę” (miejsce na stadionie dla zagorzałych kibiców, umiejscowione pod drewnianą reklamą żyletek Polsilver – przyp. P.Ost), ale to dawne czasy. W ubiegłym roku jednak raz byłem na „żylecie”. Teraz to jest inaczej zorganizowane. Od razu dostałem chorągiewkę, uczestniczyłem w całej oprawie choreograficznej. Tam nie ma ławek i zbijania bąków. Posiedzieć można na trybunie rodzinnej. Tu natomiast się śpiewa, skacze i zagrzewa drużynę do walki.

Tomasz Skrzos kibicuje Legii, ale także reprezentacji Polski, starając się być także na jej meczach wyjazdowych. Razem z paczką znajomych, wśród których większość to policjanci, był na spotkaniach w Helsinkach, Wiedniu, Brukseli i Belgradzie. Na mecze w Polsce często chodzi nie tylko z najbliższą rodziną, ale także z siostrą, bratem, bratankami, wujostwem i ich dziećmi. Takie rodzinne kibicowanie. – Mam kolegę, teraz już emeryta policyjnego, z którym jeżdżę na mecze reprezentacji – wyjaśnia Tomasz Skrzos. – Ja jestem fanem Legii, on Wisły Kraków. Gdy jakaś polska drużyna gra w pucharach, a na wiosnę grać będzie właśnie Wisła, to kibicuję naszemu klubowi. Dla mnie to oczywiste. Nie jestem z tej kategorii kibiców ślepo zapatrzonych w swój klub, którzy źle życzą innej polskiej drużynie na arenie europejskiej, bo nie lubią jej barw. Na stulecie Wisły Kraków, gdy grała z Sevillą, też pojechałem z kolegą. Dla niego był to wielki jubileusz, dla mnie widowisko sportowe ze wspaniałą oprawą, obaj bawiliśmy się świetnie.

PO PIERWSZE TOLERANCJA

Podkom. Tomasz Skrzos pracuje przy organizacji Euro 2012 ze strony Policji. Obserwował zachowania innych europejskich służb przy okazji wyjazdów na mecze reprezentacji. Podczas mistrzostw będzie prawdopodobnie w Centrum Dowodzenia Operacją w Legionowie.

– „3 x T”? – policjant zamyśla się. – Ja bym powiedział, że przede wszystkim tolerancja. Przyjedzie specyficzne środowisko. Na niektóre zachowania warto przymknąć oko lub pouczyć, aby nie powodować niepotrzebnego wzrostu napięcia. Wiem, że policjanci czasami uważają, że nie są od informowania, np. jak i gdzie dojść, ale muszą mieć świadomość, że z takimi pytaniami będą zwracać się do nich kibice z Europy Zachodniej. Bo tak tam jest. Troska to pomoc. A tłumienie? Tylko w ostateczności! Ale za to, gdy już policja wkracza, to zdecydowanie, profesjonalnie i szybko. Nie może się bać. Musi szybko załatwić sprawę. To już nie te czasy, kiedy kolega dostał pałką od milicjanta na Dworcu Centralnym, bo nie chciał zdjąć klubowego szalika. Ot tak, bo panu władzy się nie podobało.

Tomasz Skrzos, jeżdżąc często na mecze, miał także jedno, zbyt bliskie, spotkanie z kolegami po fachu.

– Był wieczór, wracaliśmy ze stadionu w Chorzowie po meczu ze Szwecją – mówi policyjny kibic. – Zauważyliśmy, że na placu ganiają się pseudokibice z polewaczką, rzucają kamieniami. Nasza grupa postanowiła obejść niebezpieczne miejsce. Szliśmy spokojnie, a tu z przeciwka pojawiło się nagle kilka policyjnych busów. Tamta grupa chuliganów rzuciła się w naszą stronę, uciekając z placu. Zadziałała psychologia tłumu i też zaczęliśmy biec w kierunku parkingu. Na to wyskoczyli policjanci. Znaleźliśmy się w pułapce – między ogrodzeniem a busami. Nawet nie zdążyliśmy wyciągnąć legitymacji, a było nas pięciu policjantów, zebraliśmy trochę pał. Każdy na własną rękę przebijał się do parkingu. Oj, przywiozło się parę siniaków… Nie, nie mam pretensji. Może łatwiej mi to zrozumieć, bo sam jestem policjantem. Chłopaki dostali rozkaz i tyle. Wiedzieli, że bije się grupka chuliganów, było ciemno, trochę zawęża się wtedy pole widzenia. A my cóż, taki mały niefart mieliśmy.

Paweł Ostaszewski
zdj. z archiwum Tomasza Skrzosa

A
A+
A++
Wstecz
Drukuj
PDF
Powiadom znajomego
Ocena: 0/5 (0)