Kibicowanie to radość

Po raz pierwszy na meczu, i to meczu ŁKS u, był w wieku 6 miesięcy. Zabrał go ojciec, zapalony kibic sportowy. Dziś 42-letni mł. asp. Piotr Zawadowski miłość do klubu przekazuje swojemu synowi.

– Nie mogło być inaczej – policjant śmieje się. – Tradycja przechodzi z ojca na syna.

NA MECZ W WÓZKU

– Nie pamiętam, skąd wzięło się kibicowanie – Piotr Zawadowski rozkłada ręce. – Ono po prostu było. Wyrosłem w nim i w nie wrosłem. Zamiłowanie do sportu przekazał mi tato. Do wszelkiego sportu, bo był, w wielkim tego słowa znaczeniu, kibicem. Nie tylko piłki nożnej, również boksu, siatkówki i innych dyscyplin. Opowiadał mi o swoich wyjazdach na mecze.

O moim „kibicowaniu”, gdy miałem pół roku, dowiedziałem się później. Było tak, że mama nie bardzo chciała, aby tata szedł na ten mecz, bo w domu była jakaś robota, więc ojciec wymyślił, że pójdzie ze mną na spacer. Poszedł pieszo z wózkiem z Bałut na stadion, byłem więc i na spacerze, i na meczu. To się oczywiście później wydało, ale pierwszy epizod kibicowski miałem już zaliczony.

W rodzinie Zawadowskich tradycją stało się, że soboty poświęcone były rozgrywkom. W domu było trzech mężczyzn kibiców.

– Mój starszy brat Andrzej zaczął później chodzić na stadion – mówi policjant. – Ojciec zabrał go na pierwszy mecz, gdy miał już kilka lat i był to mecz Widzewa. I on, niestety, został kibicem Widzewa – Piotr Zawadowski kręci z udawanym ubolewaniem głową.

– Kiedyś trochę sobie dogryzaliśmy, teraz się z tego śmiejemy.

BRAMKI Z TORNISTRÓW

– W szkole było różnie – wspomina policjant. – Większość kolegów kibicowała ŁKS owi, ale zdarzali się też miłośnicy Widzewa. Jestem rodowitym Łodzianinem, a do tego Bałuciarzem, zatargi rozwiązywaliśmy sami, nikomu krzywda się nie działa.

Zamiłowanie do sportu zaszczepione przez ojca procentowało. Mały Piotrek grał w nogę gdzie popadło. Jak większość chłopaków w latach 70. i na początku 80. mógł tylko pomarzyć o meczu na prawdziwym stadionie. W sobotę lub niedzielę można było, przeskakując ogrodzenie albo korzystając z wyciętych dziur, pograć na boisku szkolnym. Dopóki nie wybiegł dozorca… Częściej grywało się w parkach, na każdym skrawku wolnej przestrzeni, gdzie za bramki służyły rozstawione tornistry i teczki.

– Nie wiem, dlaczego nie zostałem piłkarzem – kiwa głową. – Wiem natomiast, dlaczego zostałem koszykarzem. Moim nauczycielem WF był koszykarz, zawodnik łódzkiego Startu, pan Bobiński. Chodziliśmy na sekcję koszykówki w ramach SKS. Potem, jako zawodnicy, trafiliśmy do Spółdzielczego Klubu Sportowego Start Łódź.

Przygoda Zawadowskiego ze sportem była długa. Był w niej nawet epizod z kadrą Polski. Grał także w kadrze Łodzi, w KS Społem Łódź, a nawet w ukochanym Łódzkim Klubie Sportowym, choć bardzo krótko, bo z powodów finansowych rozwiązano sekcję koszykówki i zawodnik wrócił do Startu.

POLICYJNE ROZGRYWKI

Później była służba wojskowa, a w końcu Policja. Wstąpieniu do niej nie przeszkodził nawet incydent z młodości, kiedy razem z bratem wybrał się na mecz Widzewa, gdzie dostał milicyjną pałką.

– Na stadionie doszło do zamieszek – opowiada policyjny kibic. – Ludzie wbiegli na płytę. My też. Chcieliśmy uciekać. Wialiśmy z trybun, aby wydostać się ze stadionu. Było ogólne zamieszanie i dostaliśmy parę razy pałą po krzyżu. Taki nieszczęśliwy wypadek z młodości…

W Policji razem z kolegami brał udział w rozgrywkach amatorskiej ligi koszykarskiej. W kalendarzu resortowych imprez były nawet mistrzostwa Polski w tej dyscyplinie, w których drużyna Piotra zajęła IV miejsce.

Zawadowski od początku służy w Wydziale Ruchu Drogowego KMP w Łodzi. W ubiegłym roku oddelegowany był do CSP w Legionowie, aby przez pół roku uczyć młodych policjantów kierowania ruchem na skrzyżowaniach. Teraz przed EURO 2012 także uczestniczy w szkoleniu kierowania ruchem. Na co dzień zajmuje się likwidacją skutków wypadków drogowych w Łodzi.

– Jak rozumiem strategię 3xT? – policjant chwilę się zastanawia. – Na pierwszym miejscu troska, a troska to bezpieczeństwo. Jako policjanci musimy zatroszczyć się o bezpieczeństwo kibiców, pomóc im, na przykład wskazać drogę. I być przy tym tolerancyjnym, nie zaogniać sytuacji, ale z uśmiechem umieć spojrzeć na niestandardowe zachowania kibiców. Oczywiście o ile nie stwarzają one niebezpieczeństwa. Wtedy powinno zadziałać trzecie T, czyli tłumienie, skutecznie i w zarodku.

NASTĘPNE POKOLENIE

Zamiłowanie do ŁKS u policjant przekazał swojemu czternastoletniemu synowi Kamilowi.

– Kiedy tylko pozwala na to służba, chodzimy na mecze – mówi mundurowy kibic. – Kobieta mojego życia Aneta ma też syna, Michała, i chłopaki często razem chodzą na stadion, mają karnety. Chodzimy także we trzech, a czasem, na przykład przy okazji derbów Łodzi, we czwórkę. Gdy ŁKS pokonał Widzew, w domu była wielka euforia. Moja partnerka kibicuje jednak innej drużynie, w innej dyscyplinie. Jest zagorzałą fanką najlepszego w Polsce klubu rugby Budowlani Łódź. Na ich spotkania chodzi regularnie.
Kibicowanie stało się pasją już trzech pokoleń Zawadowskich.

– Ojciec wpoił mi szacunek do innych drużyn – wyjaśnia policjant. – Kiedy polski zespół gra w europejskich rozgrywkach, kibicuję mu. Boli mnie obecna sytuacja ŁKS u, ale z klubem jest się na dobre i na złe. Kibicuję też drużynie Barcelony, ale umiem docenić grę także innych zespołów. Chłopaki nie są jeszcze na takim etapie, że można kibicować wszystkim. Na razie poza ŁKS em nie widzą świata.

– Czym dla mnie jest kibicowanie? – Piotr Zawadowski zamyśla się. – Nie powiem, że sensem życia, bo to przesada, ale daje mi taki azyl w trudnym, zawodowym życiu, który pozwala na wypoczęcie i odstresowanie po służbie. Gdy idę na mecz, zapominam o kłopotach, skupiam się na grze, mogę sobie pośpiewać, cieszyć się z sukcesów mojej drużyny. Jest dla mnie odskocznią od trosk, daje szczęście, bo kibicowanie to radość.

Paweł Ostaszewski

A
A+
A++
Wstecz
Drukuj
PDF
Powiadom znajomego
Ocena: 4.3/5 (4)