Policję mają w genach (Nr 100 / 07.2013)

Wśród podopiecznych Fundacji Pomocy Wdowom i Sierotom po Poległych Policjantach, która działa już 16 lat, są tacy, którzy nie wyobrażają sobie innego miejsca pracy niż Policja.

Mimo że niektórzy z nich prawie nie pamiętają swoich ojców, to jednak chcą kontynuować rodzinną tradycję mundurową. Przedstawiamy historie dwojga z nich: Łukasza i Doroty.

ŁUKASZ: POSZŁO SPRAWNIE

Łukasz miał 2 lata, gdy jego tata zginął. Teraz ma 26 lat, od dwóch jest żonaty. Pod koniec 2011 r. złożył papiery i już w lipcu ub.r. został przyjęty.

– Rekrutacja była w Warszawie, bo tu się przenieśliśmy z żoną z Białej Podlaskiej, skąd pochodzimy. Słyszałem o kolejkach do przyjęć, ale mnie postępowanie poszło sprawnie. Nie zdawałem sobie sprawy, że to będzie aż tak szybko. Kurs podstawowy odbyłem w SP w Słupsku i od stycznia służę w OPP w Iwicznej.

Łukasz wspomina, że pierwsze miesiące szkoły to była walka z sobą, zastanawiał się, czy o to mu chodziło. Z kursu podstawowego jest bardzo zadowolony, chociaż niektórzy wykładowcy zniechęcali do służby w Policji.

– Nie wiem, dlaczego tak mówili – zastanawia się. – To ludzie wybrani do nauczania przyszłych policjantów, a przy brakach kadrowych nie powinni nas zniechęcać. Można złożyć raport, jak się ta praca nie podoba.

Kiedy trafił do OPP, pierwsze patrole, zwłaszcza nocne, to było zderzenie z rzeczywistością. Na kursie im wbijano, że niewłaściwe zachowania w służbie przygotowawczej mogą skutkować wydaleniem.

– Policjantem czuję się nie tylko z powodu munduru, ale dlatego, że muszę reagować jak policjant np. na taką sytuację: podczas zwykłej kontroli (pan pił alkohol w miejscu publicznym) okazuje się, że dobrze wyglądający człowiek jest poszukiwany. Dyżurny mnie pyta przez stację, czy mogę rozmawiać, a ja szybko muszę wymyślić, jak dać znać koledze z patrolu i jak nie spłoszyć poszukiwanego.

CODZIENNOŚĆ

Śmieje się ze swoich początkowych wyobrażeń o służbie w Policji. Myślał, że będzie miał uregulowany czas pracy i wróci do pasji… Tymczasem ma jeszcze mniej czasu, zdarzają się dni po 12–14 godzin pracy, a następnego dnia trzeba znów iść na 7.00 rano (chyba że dowódca wywalczy 9.00). Jak wygląda jego służba na co dzień?

– Na ulicy widzę brak szacunku do młodych policjantów: pyskują ludzie niewiele starsi od nas, ale u tych młodszych raczej mamy posłuch i zazwyczaj u najstarszych też. Dowódca nas uczula, by ze starszymi delikatniej postępować, więc miałem kiedyś taką sytuację: starszy pan w środku dnia w centrum Warszawy przechodził przez bardzo ruchliwą ulicę poza pasami i w dodatku przez torowisko. Włączyliśmy w radiowozie błyski, żeby go przeprowadzić, a gdy podszedłem do niego, zbeształ mnie, że się czepiamy i nie łapiemy przestępców. Powiedział, że ma tyle lat, że prawo go już nie obowiązuje i będzie przechodził tam, gdzie chce i jak chce. Ja bym w tym miejscu nie ryzykował przejścia, a on dał radę.
Młody policjant już na początku służby zderzył się z policyjną rzeczywistością. Z nowego umundurowania dostał tylko kurtkę zimową i buty.

– Wielu rzeczy muszę się jeszcze nauczyć – mówi Łukasz. – Mam w głowie powrót w rodzinne strony, bo tam spokój i cisza, ale raczej nie teraz, w służbie przygotowawczej nie ma mowy, by przenieść się poza garnizon warszawski i ja to rozumiem, on nas wyszkolił, a teraz ma oddawać komendzie, która za to nie zapłaciła?

TEGO NIE MA W KODEKSACH

Zazwyczaj młodzi nie dostają interwencji zleconych przez dyżurnych, ale któregoś razu z sierżantem pojechali na tzw. domówkę: dzwonił pan, że konkubina jest pijana i opiekuje się dzieckiem. Na miejscu okazało się, że oboje są pijani, w małym mieszkaniu było czworo dorosłych i dziecko.

– Takiej sytuacji nie ma w kodeksach, trzeba było myśleć. Sierżant miał spore doświadczenie, ale każdą decyzję i tak konsultowaliśmy z dyżurnym, na szczęście okazał się pomocny. To w sumie była prosta interwencja, a trwała dwie godziny: dziecko było zapłakane i przestraszone, nie rozumiało, co się dzieje.

Jak do tej pory tylko w dwóch zdarzeniach musiał użyć siły, oba przypadki były uzasadnione, ale razem z kolegą z patrolu długo rozważali, czy dobrze postąpili. O służbie żonie wiele nie mówi, zwłaszcza o przykrych sytuacjach, że ktoś go szarpał czy była jakaś interwencja. Pamięta o swoim bezpieczeństwie, sporo o tym mówili w szkole i dowódcy też o tym przypominają przed służbą.

– Lepiej czasem zawołać patrol zmotoryzowany na pomoc niż przecenić swoje siły – mówi.

DOROTA: DO DWÓCH RAZY SZTUKA

Do Policji zdawała dwa razy, pierwszy w 2006 r., zaraz po studiach.

– Wstałam z kanapy i pojechałam na egzamin sprawnościowy do SP w Słupsku – i nie ma się co dziwić, nie zdałam. We wrześniu 2008 r. w SP w Katowicach miałam drugi egzamin i wtedy długo się przygotowywałam, ćwiczyłam kondycję: powiedziałam sobie, że muszę się dostać.

– Nie pamiętam, czy na rozmowie kwalifikacyjnej pytano mnie o motywację. Można powiedzieć, że to mój starszy brat poszedł w ślady taty, bo został policjantem, więc i ja kontynuuję tę tradycję. Chciałam spróbować, czy się tu odnajdę, a brat mnie zachęcał, nie odradzał mi tej decyzji.

Brat Doroty ma 38 lat, ona 30. Ich tata zginął w 1987 r.

– Kiedy zdawałam egzaminy do Policji, zastanawiałam się, co by tata powiedział na ten pomysł: teraz myślę, że byłby zadowolony ze mnie.

KURSÓW BRAK

Na kursie podstawowym w Legionowie wykładowcy im mówili, że teraz mogą korzystać ze swobody, bo potem będzie tylko praca.

– I tak właśnie jest – przyznaje. – Wydawało mi się, że jak już trafię do konkretnego wydziału, to pójdę na kurs specjalistyczny, żeby czegoś się nauczyć; ale kursów nie ma.

Od maja do września 2009 r. była w wydziale patrolowym jednego z łódzkich komisariatów i przyznaje, że zbyt dużo się nie nauczyła przez te kilka miesięcy. Komendant komisariatu i naczelnik wydziału zaproponowali jej dochodzeniówkę, więc się zgodziła. Trafiła na kompetentnych i pomocnych starszych kolegów i jest im do tej pory wdzięczna, że może się od nich uczyć.

– O pracy dochodzeniowej nie wiedziałam nic, nie mam żadnych studiów prawniczych. Zresztą chyba większość policjantów tak ma, że uczy się na bieżąco w trakcie wykonywania swoich zadań. Najgorsze były początki, martwiłam się, czy poradzę sobie podczas przesłuchań, może nie dopytam o coś ważnego? Teraz o tym nie myślę, po prostu wiem już, o co zapytać.

Miała propozycję, żeby przejść do nielatów ze względu na swoje wykształcenie, ale dochodzeniówka nie chciała jej wypuścić – jest dużo spraw, a mało osób do pracy, są okresy, kiedy Dorota myśli sobie, że to jest nie do przerobienia.

CODZIENNOŚĆ

Dorota zauważa, że dużo ludzi przychodzących do jej komisariatu ma wyobrażenia o pracy Policji na podstawie serialu W11.

– Mówią, że w W11 zrobiliby tak i tak, a wy tak nie możecie? Śmiejemy się, bo w rzeczywistości jest całkiem inaczej. Trzeba się uodpornić na takie reakcje, na to, jak się ludzie zwracają do policjantów. Podczas przesłuchań najgorsi są młodzi, tacy około 20 lat, zero szacunku do czegokolwiek, tym bardziej do policji czy kobiet. Starsi zachowują się inaczej, mają ogładę.

Na początku służby dużo myślała o pracy: czy wszystko zrobiła, czy wyrobi się w terminach; zdarzało się, że zostawała po godzinach, żeby w domu mieć spokojną głowę. Teraz nabiera już większego dystansu. Ma satysfakcję, gdy postępowanie, nad którym pracuje, trafia do sądu z aktem oskarżenia. Kiedyś otrzymała niby prostą sprawę: dwie kobiety pokłóciły się i jedna drugiej po złości uszkodziła samochód, zarysowując lakier ostrym narzędziem. Podejrzana w przesłuchaniu nie przyznała się, ale zeznania świadków potwierdziły wersję pokrzywdzonej, więc sprawa powinna szybko trafić do sądu. Tak się jednak nie stało.

– Obrońca podejrzanej wymyślał wiele czynności, które przedłużały postępowanie, a ja musiałam je wykonywać. Ostatecznie sąd panią uznał za winną, co mnie bardzo ucieszyło.

Dorota niedawno złożyła raport z prośbą o przeniesienie do Gdyni, ma tam przyjaciółkę (nie jest policjantką).

– Nigdy nie chciałam mieszkać w Łodzi, lubię zmiany, a teraz jest na to dobry moment. Czy pójdzie łatwo i szybko... Tego nie wiem, zobaczymy. Jak już sobie coś założę, to dążę do tego.

FUNDACJA

U Doroty w pracy wiedzą, że jej tata był milicjantem, ale nigdy nie mówiła, że była podopieczną policyjnej fundacji.

– Bardzo się cieszę, że zostałam odnaleziona przez fundację: byłam w liceum, gdy powstawała. Skontaktowała się z nami pani Antonina Brzezińska z łódzkiej KWP, z którą do tej pory mam kontakt, jest dla mnie jak druga mama. Mój brat nie miał tyle szczęścia, był już dorosły i fundacja nie objęła go pomocą.

Dzięki fundacji Dorota mogła studiować w Wyższej Szkole Humanistycznej w Pułtusku, wyjeżdżała też na wakacje z innymi podopiecznymi. Dwa razy była jako wychowawca na fundacyjnym obozie żeglarskim i w tym roku pod koniec lipca też tam jedzie. W ten sposób chce się odwdzięczyć za pomoc, którą sama otrzymała.

Aleksandra Wicik
aleksandra.wicik@policja.gov.pl

A
A+
A++
Powrót
Drukuj
PDF
Powiadom
Ocena: 0/5 (0)