I ślubuję Ci... (nr 49 04.2009)

Dzisiejsi funkcjonariusze, inaczej niż przedwojenni policjanci, nie muszą już otrzymywać zezwolenia przełożonych na wstąpienie w związek małżeński. Ale zdarza się, że muszą prosić o zgodę na pracę w tej samej jednostce co współmałżonek.

O policyjnej rodzinie państwa Hejmejów pisaliśmy w numerze grudniowym (Szczęście razy trzy, 12/2008). Podobnych par, które, poza więzami małżeńskimi, łączy służba w Policji, jest wiele. Jak sobie radzą i czy udaje im się godzić życie zawodowe z rodzinnym? Okazuje się, że i tu wiele zależy od przełożonych.

Joanna i Michał

Joanna i Michał Patrzykowie w Policji są od 2005 r., pobrali się w październiku zeszłego roku. Ona jest dzielnicową w KPP w Pile, on – policjantem w Zespole Dyżurnych w KPP w Chodzieży, do swojej jednostki dojeżdża 25 km.

– Jeśli chodzi o służby, to z reguły ja dostosowuję się do grafiku męża – opowiada Joasia. – Jeszcze nigdy nie spotkałam się z wetem przełożonych w tej sprawie, wręcz przeciwnie, mogę nawet dokonywać drobnych korekt, gdy coś wypadnie lub mężowi przesuną służbę. Udaje nam się razem zaplanować urlopy, wolne weekendy i wspólne święta. W ich związku nie było jeszcze sytuacji, w której nagle oboje musieliby iść do pracy. Ale gdyby się tak zdarzyło, to na szczęście są dziadkowie, którzy chętnie zajmą się pięcioletnią Oliwią. Poza tym, jak podkreśla Michał, to dobrze, że nie są z żoną w jednej jednostce.

– Nie chcielibyśmy pracować w jednym miejscu. Jestem zdania, że trzeba rozgraniczyć życie zawodowe i prywatne – mówi. – Policja to organizacja hierarchiczna, a w naszym domu panuje demokracja.

Izabela i Andrzej

Inaczej było u państwa Baszturów: ślubowali sobie ponad 23 lata temu, a ojczyźnie cztery lata później. Od 1999 r. oboje pracowali w KPP w Świdnicy, a przez następne cztery lata pan Andrzej był bezpośrednim przełożonym swojej żony Izabeli.

– To był ciekawy czas, ale i bardzo trudny – wspomina podinsp. Izabela Basztura, obecna komendant KP w Żarowie. – To, co innym czasem uchodziło płazem, mnie nigdy. Mąż w ogóle był bardzo wymagającym szefem, ale dla mnie poprzeczka była zawsze ustawiona wyżej.

Jednak pani Iza dobrze wspomina ten okres. I wyjaśnia, że decyzja o pracy w jednej jednostce była podejmowana przez przełożonych na ich życzenie.

– Mąż był naczelnikiem sekcji prewencji w świdnickiej KPP, a ja bardzo chciałam, po przeniesieniu z izby dziecka, nadal pracować w zespole ds. nieletnich.

I dodaje, że było jej ciężej tylko dlatego, bo chcieli pokazać innym, że dla żony naczelnika nie ma taryfy ulgowej. A zresztą to mąż zachęcił ją do wstąpienia do Policji (sam się zdecydował za namową brata pani Izy, też policjanta). Z grafikami nie mieli większych problemów, choć zdarzało się, że oboje musieli stawić się w jednostkach.

– Kiedyś ogłoszono alarm, na którym musieliśmy być obydwoje, więc zrobiliśmy alarm mojemu tacie – śmieje się pani Iza.
Od lutego tego roku mł. insp. Andrzej Basztura jest komendantem powiatowym w Kłodzku, 80 km od domu, więc z konieczności został weekendowym mężem i ojcem.

Agnieszka i Krzysztof

Poznała ich 13 lat temu Marzena, koleżanka Agnieszki z piaskownicy; poprosili ją, by została świadkiem na ich ślubie. Krzysztof, zastępca dyżurnego w KP Szczecin‑Pogodno, jest w Policji od 1996 r., żona trzy lata krócej. Agnieszka służy w referacie konnym szczecińskiej KMP, bierze udział w Międzynarodowym Turnieju Policji Konnej w Częstochowie. Wciągnęła do służby Marzenę, razem patrolują miasto z końskich grzbietów, co można zobaczyć w tegorocznym kalendarzu szczecińskiej KMP (dziewczyny maja).
Agnieszka mówi, że dzięki mężowi, dyżurnemu, gdy oboje są na służbie, nie ma problemów ze sprawdzeniami. Jej baza i podstawowy rejon patrolowania znajdują się właśnie na terenie KP Szczecin‑Pogodno, więc często z mężem słyszą się w radiostacji.

– Za odmowę szybkiego sprawdzenia zawsze mogę rozliczyć Krzyśka w domu – śmieje się policjantka.

Co do grafików, jak mówi Krzysztof, tu nigdy nie da się sprawić tak, by wszystko grało: – Nieraz nocki wypadały nam w tym samym czasie i córki (11 i 5 lat) zostawały pod opieką babci. Czasami po prostu mijamy się z żoną w drzwiach. Ze świętami też bywa różnie: jedne spędzamy razem, w inne jedno z nas pracuje. Czasem uda się zamienić służbę z którymś z kolegów lub koleżanek. Ale bywało i tak, że w sylwestra składali sobie życzenia przez radiostację.

Justyna i Łukasz

Są małżeństwem od dziesięciu lat; w maju Łukaszowi minie 11 lat służby, w lipcu Justynie – dwa. Od pięciu lat policjant jest przewodnikiem psa, który jeszcze do niedawna mieszkał z nimi – kiedy wybudowano w komendzie kojce, musiał się tam przenieść. W domu płacz, bo i żona, i 9-letnia córka traktowały go jak członka rodziny. Justyna właśnie z tego powodu chciała zostać przewodnikiem. Napisała raport z prośbą o przeniesienie do komendy powiatowej z komisariatu, w którym pracuje, i o skierowanie na kurs przewodników psów. Wyjaśniała, że do Policji wstąpiła właśnie z myślą o pracy z psem. Mając go pod swoim dachem, poznała wiążące się z tym obowiązki. Wielokrotnie brała udział w ćwiczeniach z psem i zna zagadnienia związane ze szkoleniem go. Mieszkają około 10 minut drogi od KPP, co dawałoby jej dużą dyspozycyjność, a ponadto obecnie wyrabia, wymagane na stanowisku przewodnika psa, uprawnienia na pojazdy uprzywilejowane. Jest bardzo sprawna fizycznie, co jest niezbędne do tego rodzaju pracy. Ponadto, gdyby została przewodnikiem, jednostka nie musiałaby pokrywać kosztów jej dojazdów do komisariatu, w którym obecnie pracuje (około 25 km od miejsca zamieszkania).

Tydzień później komendant odpisał: „W odpowiedzi na raport w sprawie skierowania na kurs przewodników psów informuję, że został on rozpatrzony negatywnie. W strukturze etatowej komisariatu, gdzie obecnie pełni pani służbę, nie ma stanowiska służbowego dla przewodnika psa. Natomiast sytuacja, w której małżeństwo pełni służbę w jednym ogniwie, jest niewskazana”. Małżeństwo zastanawia się, jak należy rozumieć ostatnie sformułowanie, skoro w komendzie pracuje ojciec z synem, rodzeństwo oraz inne małżeństwa.

– Komisariat, w którym pracuje pani Justyna, nie ma warunków do trzymania psów służbowych – mówi insp. Józef Barcik, komendant powiatowy jednostki Justyny i Łukasza. – Poza tym nie mamy w ogóle wolnych etatów dla przewodników. W naszej komendzie również brak wakatów; czekamy tylko na jedną osobę, która jest teraz na kursie podstawowym. W tej chwili nie ma więc możliwości, by przenieść tutaj panią Justynę, musi się znaleźć ktoś na jej miejsce w komisariacie.

Komendant Barcik nie wyklucza, że policjantka byłaby dobrym przewodnikiem, bo na pewno sporo już się nauczyła od męża przewodnika. Ale na razie jego komenda nie ma warunków na realizację jej marzenia.

Łukasz: – To dla nas jasne, że, będąc małżeństwem, i tak nie mielibyśmy wspólnych patroli czy służb jako przewodnicy psów. I wcale o to nam nie chodzi. Kiedy żona była na kursie podstawowym, poprzedni komendant powiatowy obiecał jej, że będzie pracowała w naszej komendzie i że pójdzie na kurs dla przewodników. W 2008 roku zmienił się komendant i Justyna trafiła do komisariatu oddalonego 25 km od domu.

Policjantka odwołała się od tej decyzji do komendanta wojewódzkiego i na półtora miesiąca trafiła do powiatówki. A potem z powrotem do komisariatu, na co już tym razem, zrezygnowana, wyraziła zgodę. Żeby mogła dojeżdżać do pracy, musieli z mężem wziąć kredyt i kupić jej samochód. Policyjne małżeństwo zainteresowało swoją sprawą związki zawodowe. Asp. sztab. Ignacy Krasicki, przewodniczący ZW NSZZ Policjantów w Opolu mówi:

– Spytałem w ich komendzie o tę sprawę, powiedziano mi, że pani Justyna nie może zostać przewodnikiem, bo jest dopiero w służbie przygotowawczej. Poza tym jest dobrą policjantką, ma wyniki w swoim komisariacie i dlatego nie chcą jej stamtąd wypuścić do powiatówki. Jednak z drugiej strony, jeśli policjant chce się rozwijać i szkolić, to trzeba mu w tym pomóc. Najważniejsze jest dobro funkcjonariuszy, ale to przełożony ma ostatnie zdanie. Byleby potrafił je jasno uzasadnić.

Aleksandra Wicik

A
A+
A++
Powrót
Drukuj
PDF
Powiadom
Ocena: 5/5 (1)