Policjant, który jej pomógł (Nr 76 / 07.2011)

Pani Zofia mówi, że dzielnicowy dał jej kopa – oczywiście w sensie metaforycznym – za co jest mu niezmiernie wdzięczna. Dzielnicowy utrzymuje, że tylko stanowczo z nią pomówił, a jej męża wziął na męską rozmowę w cztery oczy.

Dlatego pani Zofia uznała, że powinna policjantowi podziękować. Napisała: Serdecznie dziękuję Panu asp. Krzysztofowi Karpiowi, dzielnicowemu IV Komisariatu Policji w Lublinie, za wielką pomoc w trudnej dla mnie sprawie domowej, za psychiczne wsparcie i radę. Jestem Panu bardzo wdzięczna, dzięki Panu wyszłam z depresji i chce mi się dalej żyć. Jeszcze raz bardzo dziękuję!!! Pod tym podpis, a potem jeszcze motto: Jedynie prawdziwy człowiek zauważy potrzeby innego człowieka. Jedynie człowiek wielkiego serca wyciągnie dłoń, pomocną dłoń…

W maju podziękowania wysłała do lubelskiego komendanta wojewódzkiego, stamtąd przesłano je dalej do komendy miejskiej, a potem kierownik IV komisariatu zadzwonił do aspiranta Karpia, by wyjaśnił mu tę sprawę.

– Sam nie bardzo wiedziałem, o co chodzi, dopiero gdy sprawdziłem nazwisko, przypomniałem sobie całą sytuację – mówi policjant.
Główni bohaterowie tej historii to pani Zofia i jej mąż, natomiast sama historia, choć niestety bardzo smutna, to ma dające nadzieję zakończenie: wieloletnia przemoc domowa, alkoholizm męża i ciągły strach żony, która nie umiała się z tego piekła wyrwać, dopóki w ich życiu nie pojawił się dzielnicowy.

SAMOTNA DROGA PRZEZ MĘKĘ

Zanim pani Zofia zdecydowała się na terapię jako współuzależniona i w lutym tego roku złożyła pozew o rozwód, przez niemal 40 lat małżeństwa bez żadnego wsparcia zmagała się ze swoją sytuacją.

– Mąż był kierowcą, dużo jeździł po Polsce, rzadko wracał do domu, bo wszystkie zarobione pieniądze szybko przepijał – mówi.
Sama zajmowała się wychowywaniem trojga dzieci, dziś już dorosłych: najstarszy Roman ma 39 lat, Anna 34, a Łukasz 30. Córka zaraz po maturze wyjechała do Włoch, zaczęła zarabiać i pomagać mamie finansowo; Łukasz kilka lat temu ożenił się i ma dwoje dzieci (10-letniego Kacpra i 4-letnią Kasię), pracuje w Londynie, a po jakimś czasie ściągnął siostrę do siebie – oboje namawiają Zofię, by do nich przyjechała na dłużej. Jednak w domu został jeszcze najstarszy syn, również z problemem alkoholowym: w niedziele odwiedza ich Basia, jego 5-letnia córka.

Tak to wygląda teraz, kiedy pani Zofia zaczęła walkę o siebie – przez wiele lat nie potrafiła przeciwstawić się agresywnemu mężowi, jego matce i siostrze, które zatruwały jej życie anonimami słanymi na policję, oskarżeniami o kradzieże pieniędzy i znęcanie się nad chorym mężem (w 2007 r. zdiagnozowano u niego zespół otępienny spowodowany nadużywaniem alkoholu i obecnie przebywa w domu opieki).

W 1998 r. męża zwolniono dyscyplinarnie z pracy, więc rytm jego dnia zaczęło wyznaczać jeszcze ostrzejsze picie. Utrzymanie domu spadło na Zofię, dlatego szukała dodatkowych dochodów: m.in. w 2003 r. pracowała w komisji podczas referendum unijnego. Zapamiętała tę datę bardzo dobrze, bo wtedy po raz pierwszy odważyła się wezwać policję.

– Mąż przyszedł pijany do lokalu wyborczego i zrobił mi awanturę, ale koledzy z komisji go wyprowadzili – wspomina. – Wieczorem wróciłam do domu: mąż był jeszcze bardziej pijany, wyzywał mnie i rzucał we mnie czym popadło, słoikiem rozciął mi głowę, a potem w furii rozbił telewizor. Zadzwoniłam do Łukasza, który wezwał patrol: policjanci zawieźli mnie na pogotowie, gdzie chirurg musiał mnie szybko szyć, bo okazało się, że jestem jeszcze potrzebna w komisji.

Po powrocie Zofii do domu mąż nadal był agresywny, zepchnął ją ze schodów; bała się zostać tam na noc, więc poszła spać do syna i synowej.

– Okłamałam wtedy policję, powiedziałam, że na klatce było ciemno, spadłam ze schodów i potłukłam się. Gdyby policjanci, którzy przyjechali na interwencję, bardziej mnie popytali, pewnie przyznałabym się, jak było naprawdę, przecież dom wyglądał niemal jak pobojowisko…

Założono im Niebieską Kartę, a za jakiś czas mąż dostał wyrok (rok w zawieszeniu na trzy lata) i nadzór kuratora. Nadal pił, ale bał się Zofię uderzyć.

DZIELNICOWY PROWADZI ŚLEDZTWO

W 2006 r. pani Zofia przeszła na emeryturę. Z mężem było coraz gorzej, a jej nie starczało pieniędzy na życie. W 2009 r. zdecydowała, że pójdzie do sądu i poprosi, by odwiesili mu karę – jednak on powoli zaczął się wyprowadzać do matki i zabierać swoje rzeczy. I tu pojawił się w ich życiu dzielnicowy Krzysztof Karp, który, po anonimie teściowej Zofii, że wyrzuciła męża z domu, przyszedł się zorientować w ich sytuacji. Zasugerował, że skoro mąż się sam chce wynieść, Zofia powinna go wymeldować. Okazało się, że rada była słuszna, ponieważ szybko pojawiły się rozbieżności między relacjami teściowej a tym, co mówiła Zofia.

– Dzielnicowy nakrzyczał wtedy na mnie: Czemu go pani nie wymeldowała od razu, byłoby teraz mniej problemów?! – wspomina.

– Nie nakrzyczałem – wyjaśnia aspirant – tylko stanowczo powiedziałem, co moim zdaniem powinna zrobić w takiej sytuacji.

– Byłam głupia, że od razu nie zrobiłam tak, jak mi mówił – przyznaje pani Zofia.

– Musiałem też przeprowadzić małe śledztwo, żeby zrozumieć całą tę historię: okazało się, że matka i siostra męża pani Zofii prawdopodobnie chcą sprzedać mieszkanie matki bez jego wiedzy, dlatego za wszelką cenę starają się, żeby jednak został u żony. On już był w takim stanie, że błąkał się po mieście cały dzień, nie rozpoznawał ludzi, przesiadywał na przystankach na mrozie, skąd policjanci go zgarniali do szpitala. Jednak co jakiś czas przychodził do Zofii, zostawał na obiady, a kiedy matka wyjeżdżała – nocował.

– Spał wtedy na wersalce, bo przecież jest chory, ja musiałam się zadowolić pufami – opowiada Zofia. – Nie potrafiłam tak po prostu go wyrzucić z mojego życia, nie miałam na to siły.

Podczas jednej z wizyt domowych aspirant Karp postanowił porozmawiać z mężem w cztery oczy.

– Chociaż trudno było się z nim porozumieć, to rozmawialiśmy ponad półtorej godziny – mówi. – Popłakał się, opowiedział mi o problemie, który go gryzł przez wiele lat, i tłumaczył, że alkohol to jego jedyny sposób na życie. Byłem zdziwiony, kiedy dowiedziałem się, że poszedł na terapię – chyba zrozumiał, że tak się nie da żyć.

– Faktycznie, terapia go wyciszyła – potwierdza Zofia – nie był już tak agresywny w stosunku do mnie, ale za to wyżywał się na psie.

NOWE ŻYCIE

– Całe życie się bałam, nie miałam nikogo bliskiego obok siebie, kto by mi pomógł, rodzice wcześnie umarli, a moja rodzina była daleko – oczy Zofii wilgotnieją. – Teściowa to bardzo silna osobowość, mąż podobnie, a ja dopiero teraz na terapii uczę się asertywności i w końcu zaczynam troszczyć się tylko o siebie. Tyle popełniłam błędów, że teraz już na więcej nie mogę sobie pozwolić.
Dlatego z koleżanką postanowiły napisać podziękowania i wysłać je dzielnicowemu, bo dopiero on, jak mówi Zofia, dał jej kopa, zrozumiał całą sytuację i popchnął do działania.

– Jestem zadowolony, że ktoś docenił moją pracę, i wcale nie chodzi o podziękowania, bo zupełnie tego nie oczekiwałem, ale o to, że udało mi się komuś skutecznie pomóc – mówi asp. Krzysztof Karp.

Jest policjantem prawie 12 lat, od 11 pracuje jako dzielnicowy: jego rewir obejmuje m.in. miasteczko studenckie, dlatego zna wszystkie kluby w mieście. Pod swoją opieką ma też rodziny dysfunkcyjne i stara się na bieżąco śledzić ich sytuację, zwłaszcza tam, gdzie są założone Niebieskie Karty.

Kiedy na koniec naszego spotkania powiedziałam pani Zofii o konkursie „Niebieskiej Linii” Policjant, który mi pomógł, zapewniła, że zgłosi swojego dzielnicowego – w formularzu można by przecież napisać to, co zawarła w podziękowaniach: Jedynie prawdziwy człowiek zauważy potrzeby innego człowieka. Jedynie człowiek wielkiego serca wyciągnie dłoń, pomocną dłoń…

Aleksandra Wicik
aleksandra.wicik@policja.gov.pl
imiona bohaterki i jej rodziny zostały zmienione
 

A
A+
A++
Powrót
Drukuj
PDF
Powiadom
Ocena: 0/5 (0)